W berka z deszczem… przegrałem :(
Dane treningu
- 87.30 km
- 03:21:21 h
- 26.0 km/h
- HR avg.: 132 ( 66%)
- Cad. avg.: 86
- Przewyższenie: 465 m
- Kalorie: 1841 kcal
- Aktywność: Szosówka
- Ćwiczenia: E2
Pisząc krótko, to dolało mi tak, że szkoda gadać. No ale napisać można
.
Chciałem iść na rower rano, żeby się wstrzelić w prognozowaną lepszą pogodę, ale trochę mnie przytrzymali w domu i wyszedłem przy pierwszych grzmotach burzy. Akurat szła z przeciwnego kierunku niż się wybierałem, więc zaryzykowałem mimo to jazdę.
Deszcz złapał mnie w Liszkach. Przycupnąłem tam sobie na przystanku i nie bardzo wiedziałem co zrobić dalej – jedynie maleńka cząstka zaplanowanego treningu była za mną, a nie uśmiechało mi się jechanie całego w deszczu. Do tego zrobiło mi się chłodno, bo nie uwzględniłem zmiany pogody wybierając strój.
Po 40min w końcu przestało padać. Nad Krakowem wciąż ciemna chmura, na zachód jakoś jaśniej. Trochę wychłodzony ruszyłem planując rozgrzać się na najbliższych paru km, a gdyby to zawiodło odbić wcześniej. Tak dojechałem do Czernichowa, gdzie… nie było ani śladu deszczu (i zaraz zrobiło się też cieplej). Dalej bez przeszkód osiągnąłem zaplanowane Łączany, jednak niepokojem napawała mnie wisząca ciemna chmura nad drogą powrotną.
Obawy okazały się słuszne, bo niedługo po zawróceniu w stronę domu zaczęło kapać, padać, a następnie lać. I tak lało przez 1,5h powrotu
. W Tyńcu już marzyłem o wskoczeniu do ciepłej wanny bo byłem koszmarnie wychłodzony.
Nie dość że wróciłem później niż planowałem, to jeszcze zeszło mi trochę czasu na ogrzanie się i dojście do siebie. Koniec końców po raz pierwszy myłem startówkę już po zmroku (bo nie tknąłem jej po Murowanej
).