MTBM#4 Karpacz

1 komentarz

Dane treningu

  • 45.40 km
  • 03:44:18 h
  • 12.1 km/h
  • HR avg.: 162 ( 81%)
  • Przewyższenie: 1903 m
  • Kalorie: 2372 kcal
  • Aktywność: Wyścigówka AE
  • Ćwiczenia: R

Długo opisywana na forum organizatora trasa (15 stron wątku jeszcze przed maratonem!) spotkała się z mieszanym przyjęciem. Dobrze, że pogoda była łaskawa, a podczas maratonu sucho, bo i tak wcześniejszy lekki deszcz spowodował, że nowo dołożony zjazd miejscami przypominał strumień. Ale po kolei.

Pierwszy szutrowy zdecydowanie bardziej rozciągnął stawkę niż asfalt pod świątynię Wang z zeszłych lat (mimo podobnego dystansu). Zaraz potem nastąpiło lekkie przytkanie na "urokliwym singlu". Duża ilość korzeni, kamieni i zakrętów powodowała, że nie było żadnych szans na płynne pokonanie tego odcinka w grupie. Mimo wszystko jak na tak wąski odcinek nie było najgorzej.
Później ścianka w dół gdzie na ok. 20 zawodników na zjazd odważył się słownie jeden. Niżej nadal trzeba uważać, ale póki osoba poprzedzająca nie popełnia błędów i nie blokuje to jedzie się całkiem w porządku.

Następnie podjazd na przeł. Okraj, niezbyt przyjemny bo po drodze wyłożonej (czy naturalnie posiadającej takie podłoże?) kamieniami. Prawie cały czas telepie, ciężko utrzymać równe mocne tempo. Na równiejszych odcinkach nadrabiam dystans do grupki z przodu, na mniej równych niestety tylko go utrzymuję. Wyjątkowo ciężko idzie mi dziś utrzymanie dobrego tempa na tych nierównościach. Na górze pierwszy bufet i zaczyna się zjazd. A właściwie zejście. Przede mną prowadza, za mną prowadzą. A pode mną płynie strumień. Długi i trudny zjazd, tfu, zejście ;).

Ponownie wymagający podjazd podobny do wcześniejszego i powtórka singla. Tym razem można go przejechać, ale nie urzeka mnie aż tak intensywne lawirowanie po kamieniach, korzeniach i zakrętach. Jeszcze raz trudna ścianka (schodzę krótki kawałek) i dalszy zjazd nadal wymagający ale zjeżdżalny. Na dole odbicie w przeciwnym niż wcześniej kierunku i przejazd przez Karpacz z urozmaiceniem w postaci schodów.

Docieram na drugi bufet (32km), gdzie podobnie jak na pierwszym tankuję. Wjeżdżamy na znane z wcześniejszych edycji ścieżki. Na początek długi szutrowy podjazd, by dojechać do zjazdów na które z reguły osiągało się zjeżdżając z góry, z wysokości świątyni Wang. Same zjazdy, pokonywane tym razem nie w tłumie sprawiają sporo frajdy. Czasem jakiś niezbyt prędki gigowiec zablokuje przejazd (startowali tylko 30min wcześniej, a pierwsze ok. 40km było wspólne).

Pod koniec trasy cała seria stromych ścian do podjechania. Bufet na 41km omijam - w końcu to już tylko 5km do mety. Podjazdy jednak nie chcą się skończyć i jeden z nielicznych razów to ja jestem wyprzedzany w końcówce trasy. Na deser “agrafki” do zjechania - tą w prawo udaje się pokonać w siodle, niestety na lewej podpórka.

Zaraz po maratonie stwierdziłem, że jeśli w przyszłym roku trasa będzie taka sama to nie jadę. Teraz już nie jestem tego taki pewien. Na spokojnie stwierdzić muszę, że aż tak znów dużo nie sprowadzałem, a jakby na najdłuższym trudnym zjeździe było luźniej, to sądzę, że więcej próbowałbym powalczyć na rowerze. Jednocześnie była cała masa bardzo wymagających podjazdów, więc nie można powiedzieć, że kondycja na tej trasie się nie liczyła. Czas przejazdu, zarówno mój jak i czołówki, mimo pozornie krótkiego dystansu sporo mówi... Z pewnością ten maraton pokazał, że umiejętności zjazdowe też są potrzebne.
I choć w pierwszej chwili był to duży szok, że wszystkie zjazdy na trasie są tak trudne, to ostatecznie póki nie są to wszystkie zjazdy w całym cyklu, to myślę, że można to zaakceptować.

Dane z jazdy.

1 Komentarz (+dodasz swój?)

  1. spinoza |

    Też miałem takie odczucia w tamtym roku po mega dzwonie. Ta trasa jest zbyt techniczna żeby się nią cieszyć w tłumie.

Dodaj komentarz

wymagane
nie będzie widoczny, wymagany
opcjonalnie, razem z http://