MTBM#7 Wałbrzych

1 komentarz

Dane treningu

  • 56.25 km
  • 03:32:38 h
  • 15.9 km/h
  • HR avg.: 168 ( 84%)
  • Przewyższenie: 1821 m
  • Kalorie: 2564 kcal
  • Aktywność: Wyścigówka
  • Ćwiczenia: R

Trasa maratonu w Wałbrzychu pojawiła się dość późno. Biegła w całkiem inne rejony niż zeszłoroczna, co mnie raczej cieszyło, bo choć rok temu tu nie startowałem, to opinie jakie czytałem były mocno mieszane, ogólnie wskazujące na przekombinowanie.

Więcej niż sama trasa na mapie, mówiły mi dystans i przewyższenie. Miałem lekkie obawy co do podołania jej długości, jednak ilość metrów w pionie do pokonania wyglądała na rozsądną.

W końcu dopisała też pogoda. Co prawda spekaer ostrzegał o błocie na pierwszym podjeździe, ale generalnie było ciepło i sucho. Trasa była dość interwałowa, w zasadzie tylko dwa dłuższe podjazdy. Za to stromych bez liku, większość krótszych, ale na jednym z długich też było gdzie się zmęczyć. Nie wiem, czy to kwestia zmiany roweru na cięższy, wyrównania poziomu startujących, czy faz księżyca ;), ale jak wcześniej na takich sztajfach fajnie nadrabiałem, tak teraz „jadę równo”. A w paru miejscach nawet szedłem, bo nie chciało mi się aż tak siłować z rowerem.

Myślałem, że z początku uciekł mi Grześ, okazało się jednak, że był to Janek. Jakiś czas się tasowaliśmy, ale potem zagubił się gdzieś. Z przykrością minąć również musiałem Wojtka, którego zaatakował gwóźdź; szkoda, bo liczyłem, że będzie targetem do dogonienia bez takich handicapów.

Całą trasę starałem się cisnąć ile sił mając w pamięci UMaćka, który uciekł już na pierwszym podjeździe. Niestety, jest to kolejny maraton na którym spotykam go dopiero na mecie.

Udało się uzyskać najlepszy górski wynik w tym sezonie, 325pkt. do generalki. Całą trasę jechało mi się dobrze, bez większych kryzysów. Nie do końca wiem, czy to kwestia łatwiejszej trasy, wyższej temperatury, trafienia w dzień, wcześniejszych treningów, ale każdy maraton mógłby tak wyglądać. Że było dobrze widać też po średnim tętnie – całkiem wysokim jak na wyścig w górach.

Przeszkadzał tylko utrzymujący się od rana ból głowy (kac po jednym Radlerze wieczorem dzień wcześniej?! ;)). Tym razem organizator postawił na klasyczną trasę, bez większych trudności technicznych; na forum cyklu zaraz oczywiście pojawili się narzekacze, mi jednak dała sporo radości z pokonania, zwłaszcza w połączeniu z dobrym wynikiem. Ciekawe, czy wrócimy tu za rok i co zastaniemy na trasie…
Mój wynik – dla takich warto trenować ;).

1 Komentarz (+dodasz swój?)

  1. schwepes |

    kac po jednym radlerze świadczy o duuużych zaległościach treningowych w tej dziedzinie

Dodaj komentarz

wymagane
nie będzie widoczny, wymagany
opcjonalnie, razem z http://