MTBM#4 Stronie Śląskie

Dodaj komentarz

Dane treningu

  • 40.30 km
  • 02:13:13 h
  • 18.2 km/h
  • HR avg.: 165 ( 83%)
  • Przewyższenie: 1063 m
  • Kalorie: 1648 kcal
  • Aktywność: Wyścigówka
  • Ćwiczenia: R

Ledwo co byliśmy tu na urlopie, a teraz jesteśmy znów, tym razem na wyścigu. W miasteczku startowym widać, że środek sezonu urlopowego i frekwencja dosyć słaba. Mimo to były kłopoty ze zmieszczeniem się w sektorach startowych, bo nie wiedzieć czemu organizator wytyczył je o połowę węższe niż zwykłe (jedynie na szerokość parkowej alejki), a tej samej długości co zawsze.

Trasa była zupełnie zmieniona w stosunku do tej sprzed dwóch lat. Została skrócona i spłaszczona. Możliwe, że przyczyną takiego ruchu była konieczność ominięcia Międzygórza, wokół którego rozgrywane w tym czasie były Mistrzostwa Polski w Biegach Górskich, ale pewności nie mam.

Wyścig rozpoczyna się dość długą rozbiegówką po asfalcie, na którym oberwałem oszołomioną osą prosto w usta. Nieco mnie to zestresowało, bo choć szybko ją wyplułem i tak zdążyła mnie ukłuć. Z czasem okazało się, że byłem wystarczająco szybki, bo nie spuchłem ;) (przynajmniej nie od ugryzienia, ale o tym dalej).

Wreszcie zaczął się pierwszy podjazd. Droga wspina się dość bystro, a ja sukcesywnie doganiam i wyprzedzam kolejne osoby. Dobrze mi się jedzie, tylko pulsometr pokazuje nieco kosmiczne wartości. Przemyka mi przez myśl, że pasowałoby zwolnić, zwłaszcza jak zaczynam wyprzedzać osoby, które zwykle podjeżdżają szybciej ode mnie.

Rumakowanie trwało paręnaście minut po czym mięśnie zalały się kwasem i zaczęła się walka o przetrwanie. Wszyscy wyprzedzeni wyprzedzili mnie, w tym cała grupa dziewczyn (choć co mnie zmartwiło bez Karoliny, która powinna wśród nich jechać walczyć o podium). Resztę podjazdu jechałem już wyraźnie spokojniej.

Następnym odcinkiem trasy był singiel graniczny, trzeba przyznać, że dość długi. Moja pozycja zmieniła się tu o naprawdę pojedyncze osoby. Uważam, że jak na zawody nie był to najlepszy odcinek, bo wyprzedzać można było w zasadzie tylko po krzakach borówek ryzykując usterkę sprzętu i niszcząc przyrodę. Do tego zacząłem się dziwnie czuć, ani głodny, ani najedzony, jakiś taki nie swój.

Dłuższy trudniejszy zjazd i rozpoczyna się drugi, a zaraz ostatni podjazd na trasie. Chciałbym jechać szybciej, ale tak mnie mdli, że nie ma opcji. Skupiam się głównie na kręceniu: prawa-lewa, prawa-lewa, ale i tak jest mi tak źle, że badam którą stroną drogi lepiej jechać na okoliczność puszczenia pawia. I taki stan utrzymuje się aż do mety, gdzie Wojtek jest zaskoczony, że mimo braku formy jest przede mną. I też zauważa, że jestem nieco „zielonkawy”. Ulgę przynosi dopiero oddanie się zewowi natury.

Uzyskany wynik procentowo o dziwo nie jest bardzo zły, ale został spory niedosyt z tego jak było, a jak mogłoby być…

Dodaj komentarz

wymagane
nie będzie widoczny, wymagany
opcjonalnie, razem z http://