Po udanej obronie był plan strzelić setkę, ale trochę brakło dnia, trochę sił na szybszą jazdę, a czarę goryczy przelała rozładowana tylna lampka i gasnąca na każdym wyboju przednia . Trasa i szczegóły (na Garmin Connect).
…no prawie . Tak serio to pojechałem komin, Skawina, Tyniec, tor.
Dawno tak zmęczony nie wróciłem – ledwo się do domu doczłapałem. Od rana mnie energia wręcz roznosiła, ale jakoś na rowerze raz dwa znikła . Takie chorowanie i antybiotyk straszne spustoszenie robią.
Po podjeździe na parking pod laskiem (od strony ulicy Modrzewiowej) nieoczekiwany zwrot akcji i zjazd w stronę Wesołej Polany. Jeden stromy zjazd pokonany, drugi – po korzeniach – tylko obejrzany w wykonaniu Bartka. Dalej trochę pokręcenia się po lasku i zjazd w stronę białej drogi (ale z pominięciem jej, bo czas już naglił).
Zapomniałem, że po zjeździe z 5-10-15 (z Kleszczowa do Aleksandrowic) skręt w prawo tylko na początku ma asfalt. Ale jak już tam władowałem, to dociągnąłem jakoś do Brzoskwini (sucho było). Wracając jeszcze o tor zahaczyłem, niestety w związku z remontem ścieżki i tak trzeba wracać szosą.
Na pulsometr mało patrzyłem, jak wyszło tak było, niektóre podjazdy żwawo, inne znów ledwo, ledwo . Po zmianie urządzenia wyraźnie spadła ilość naliczanych kcal .
Trening ponownie w Lasku. Pod ZOO, zjazd „singlem”, podjazd serpentyną (można się zakopać w tych kamieniach ). Zjazd czerwonym, potem asflatem pod kopiec z premią lotną na parkingu . Na koniec jeszcze nieoczekiwanie mały konkurs skoków i czym prędzej na błonia…
Dziś dla odmiany Lasek . Był też fragment bardziej techniczny (najazd na- i trawers na niebieskim szlaku), który za drugą próbą udało mi się po raz pierwszy, w całości, pokonać na rowerze (choć nie całkiem płynnie i nie bezstresowo ).
Rozjazd po maratonie, starałem się trzymać trochę wyższą kadencję niż ostatnio weszło mi w nawyk.
Po dwóch tygodniach z powrotem jest złożony i sprawny. Wymieniłem linki i pancerze, nawinąłem nową owijkę, wyczyściłem na połysk korbę i kasetę (znów widać, że w środku ma pomarańczowe przekładki ). Założyłem też wyciągnięty o 1% łańcuch Dura Ace/Xtr zdjęty kiedyś z wyścigówki, na miejsce oryginalnego łańcucha, który przekroczył 2,5% wyciągnięcia (i po nasmarowaniu zaczął skakać).
Rozjazd jak to rozjazd na małych obciążeniach, więc jeszcze ew. może coś wyjść przy większych, ale wstępnie jest ok – biegi zmieniały się jak rakieta, klamki hamulcowe nie mają martwego ciągu. Zupełnie jakbym na nowym rowerze jeździł .
Ustawiłem się na początku 5-tego sektora, aby po zdjęciu taśm znaleźć się w czwartym . W ten sposób szybko dopadłem amraca i UMaćka z którymi pokonałem błonia. W tym roku o dziwo nikt się tam nie przeciskał ani nie wpychał z łokciami. Tak było na całym wąskim początku (czyli aż do Zakamycza) co do którego miałem obawy, że będzie nerwowo i nieprzyjemnie.
W okolicach dojazdu do Kryspinowa udaje mi się zgubić spinozę i Marcina - zastanawiam się, czy nie dojdą mnie później bo nie wiem ile jestem z siebie w stanie wycisnąć w związku przerwą od jazd.
Zmęczenie na początku tygodnia i zbliżający się maraton poskutkowały takim układem jazd w tygodniu, że idealnie mi dziś pasowała próba czasowa pod Zoo. Nie ukrywam, że miałem też ochotę zobaczyć ile jestem w tej chwili w stanie tam zdziałać. Najpierw lekko pierwszy podjazd na rozgrzewkę (do 80%), a drugi już szybko – wyszło 6:56.
Oczywiście nie jest to jakiś wybitny czas, ale nie jest też zły. Zgodny jest również z moimi odczuciami, że udało mi się uzyskać coś w stylu wiosennej dyspozycji – po płaskim jestem już w stanie przyzwoicie jechać, jednak wzniesienia jeszcze mocno trzymają. Na maraton w Murowanej Goślinie z reguły starczało, jak będzie w Krakowie okaże się już w niedzielę.