Basen
Tradycyjnie 1km, choć dziś jakoś tak nijak. Chyba jakiś jesienny marazm mnie dopadł
.
Tradycyjnie 1km, choć dziś jakoś tak nijak. Chyba jakiś jesienny marazm mnie dopadł
.
Jazdy dalej w kratkę. Znów dłuższa przerwa, a jeszcze wczoraj sprawy na mieście zajęły dłużej niż miały. Potem pojawiła się paskudna mgła. A w sumie i tak z rowerem robiłem. Za to dziś mogłem wygodnie śmigać zimówką z amortyzatorem. Nawet aż za wygodnie, bo zapomniałem go napompować po rocznym leżakowaniu
.
Pojechałem sprawdzić plotki o nowej górze. Może nie jest jakaś olbrzymia, ale podjeżdżać jest co i faktycznie jakby stromiej niż gdy byłem tam latem
. A tak serio, to wybraliśmy się z Magdą za Krzeszowice w okolice miejscowości o takiej nazwie. Złośliwie jednak w tamtym rejonie mniej lub bardziej padał deszcz, a drogi były mokre. Bliżej Krakowa było suszej, również w lesie.
Dane z wyjazdu (poza dystansem) bardzo poglądowe, bo już po 40min Garmin powiedział „do widzenia”, choć wydawało mi się, że go naładowałem, a nawet jak nie, to na stanie baterii który twierdził że ma, powinien ze 2h pociągnąć. A jeszcze po drodze Łukasza 'lukcia' spotkaliśmy i spokojną jazdę szlag trafił
. I trzeba było się spieszyć, by zdążyć przed nocą jak się nie myślało o wzięciu lampek
.
Ponad miesiąc ani śladu deszczu, ale jak się wczoraj wybraliśmy na przejażdżkę w zielonym gronie to pogoda postanowiła nam umilić wyjazd mżawką
. Mimo to, jednak w kupie raźniej i wyjazd minął w dobrych nastrojach
.
Przy okazji dowiedzieliśmy się, po co przy drodze Tyniec–Skawina wybudowano takie głębokie rowy. Otóż to pułapka na kangury! Mijaliśmy dziś jednego który wpadł, całkiem dorodny, na oko dosyć młody i srebrny Renault Kangoo I ph II
.
Po weekendzie aktywna regeneracja na basenie. W związku z częstością wpisów zaczynam się martwić, że ktoś sobie jeszcze gotów pomyśleć, że ja pływać umiem, podczas gdy w zakresie moich możliwości jest przemieszczanie się w wodzie do przodu
.
Dziś też 1km.
Pomysł wybrania się do podnóży zamku Lipowiec chodził za mną już od paru dni. I mógłby tak sobie chodzić do wiosny, bo na warunki zimowe jest to daleka trasa. Szczęśliwie dziś jednak pojawiło się okienko pogodowe. Koniec listopada, a poranek przywitał 5°C, które do godziny wyjazdu chwilę po 11:00 urosły do 8°C.
Po ogłoszeniu na forum rowerowania na błoniach pojawiła się całkiem liczna, w sumie 6 osobowa grupa. Leniwym tempem udaliśmy się na zachód wpierw bocznymi drogami do Czułówka a dalej główną drogą za Babice do Wygiełzłowa. Tam odbiliśmy na podjazd w stronę Chrzanowa i mijając go po lewej zawróciliśmy w kierunku zamku w Rudnie i Krakowa.
Choć wyjazd nie był szybki, to jednak długi (track trasy). Cieszy mnie, że w dość niezłej formie dotrwałem do końca – w końcu jeszcze nie dawno potrafiło mnie odciąć po 2h jazdy na chłodzie! Mniej mnie cieszy natomiast wizja nadchodzących zimowych miesięcy
.
Pogoda wciąż na tyle znośna, że do tej pory wszystkie weekendy mijały na rowerze. Ale już głęboka jesień – najwyższa pora na jakiś marszobieg po lasku.
Niestety nadal nie mogę wejść w symbiozę z bieganiem. Poprzednie buty odparzały mi wysklepienie stopy, gdzie skóra jest cienka, a odczucie było jakby ktoś przypalał. A w obecnych nie wiem, czy mniej starannie biegłem, czy gorzej amortyzują, ale mimo krótkiego czasu odbiłem sobie trochę „poduszki” palców.
Ale i tak najdziwniejsze ze wszystkiego jest pobolewanie okolic lewego łokcia
. No cóż – biegacz to chyba ze mnie nie będzie.
Po krótkiej przerwie ponownie wizyta na basenie. Na zewnątrz koszmarnie gęsta mgła, więc wzięcie rzeczy na basen to zdecydowanie był strzał w dziesiątkę
.
Lub jak kto woli do Tyńca i z powrotem. Po drodze ścieżkę przeciął mi zając
.
Ponownie uklepywanie asfaltu wokół Błoń x3
.
Udało się zgadać na wyjazd z Marcinem. Efektem tego trasa minęła znacznie szybciej jadąc za nim na kole
. A pojechaliśmy do Łączan przez Piekary i Czernichów, wracaliśmy opłotkami w pobliżu wału i przez Tyniec.
Dość pracowity weekend wyszedł, ale tak to jest, jak wyrzuty sumienia po niesportowym tygodniu dopadną
.
Tlenik do Krzeszowic przez Mników, dolinę Sanki i Tenczynek. Rano zbierałem się jak sójka za morze, więc potem zaczął mnie gonić czas i trzeba było wrócić główną. Mimo oporów przed wyjściem, już na rowerze nie było nawet źle – dzięki (lekko) dodatniej temperaturze i delikatnemu wiatrowi.
Paskudnie na polu – nie dość że duże stężenie pyłów (ponoć aż do granicy z Czechami ciągnie się pas smogu) to jeszcze mgła. Mimo wszystko poszedłem potruchtać. Długo łamałem się czy robić 2 czy 3 kółka. Ostatecznie wybrałem tą drugą opcję, choć sam innym odradzałem nieszarżowanie z bieganiem, bo stawy, ścięgna i mięśnie nie przyzwyczajone, mimo że wydolnościowo z reguły jest ok z roweru. I jednak trochę żałuję wyboru…