Dętka, ale ze mnie. Nie było dziś sił na jazdę, więc tylko przejazd przez Lasek najłagodniejszym wariantem jaki mi przyszedł do głowy.
Sprawdzone bloki i regulacja przedniej przerzutki. Tylna się uwzięła i 2-jki nie zamierza obsługiwać (1, 3, 4,… 9 działają).
Frekwencja była (chyba) rekordowa, w związku z czym tempo spokojniejsze i trasa taka objazdówka. Mimo to warto było, raz że pierwszy raz od roku (z powrotem) na UST – choć tym razem już nie było to mimo wszystko aż tak duże wrażenie odmienności jak na początku (inna sprawa, że dętki pompuję również mniej niż kiedyś). Dwa że definitywnie stwierdziłem, że na obecnie używanych blokach nie jest bezpiecznie jechać na maraton, a trzy – przerzutki dopominają się lepszego wyregulowania.
Trochę przyspieszeń w lesie zabierzowskim i dalej na fragmentach trasy maratonu w rejonie wąwozu półrzeczki zapewniły przewentylowanie jeśli nie najdalszych zakamarków płuc, to na pewno tych dawno nie używanych . Było i trochę terenu i trochę sprintów i czas na relaks – ogólnie bardzo udana wycieczka1 z Markiem.
Po ogłoszeniu na forum rowerowania wyruszyliśmy w 4-osobowym gronie na trasę.
Jeszcze dobrze nie wyjechaliśmy z Lasku, a tu na zjeździe zaliczyłem rasowego snake'a (tfu, tfu, tfu, cholerne dętki), a równocześnie Marcin stwierdził brak przedniego hamulca i udał się do centrum celem namierzenia serwisu. Kontynuowaliśmy więc we trójkę, objechaliśmy całą trasę. Lekko zawiedziony jestem wycięciem dodatkowego podjazdu w Lasku Wolskim, ale przy moim tegorocznym (nie)wyjeżdżeniu może to i lepiej.
Miałem obawy, czy dam radę przejechać cały objazd, bo niedawne 3-godzinne treningi były dla mnie bardzo wyczerpujące, o dziwo jednak nie było tak źle i dałem radę .
Zdaje się, że po raz 3-ci przyłączyłem się do akcji „Polska na rowery”. Taka przejażdżka po lasku, ale dziś jakoś wybitnie mi się podobało – ewidentnie byłem spragniony terenu .
Miał być teren, ale z rana przeszło oberwanie chmury . W tej sytuacji wybraliśmy się z RB na tlenik z akcentami po szosie. Przed wyjazdem jeszcze szybko usunąłem problem z przednią przerzutką. Jak wspomniałem w komentarzu do „Ponownie szosa” okazało się, że obsunęła się w dół. Pierwotną przyczyną był zerwany gwint na śrubie – nie wiem jak to jest możliwe przy raczej statycznym obciążeniu, ale jak widać jest.
Przez tor i Piekary dojechaliśmy do Czernichowa. Tam odbiliśmy na Rybną, gdzie na podjeździe napęd zaczął się dziwnie zachowywać, łącznie ze zrzucaniem łańcucha z korby na przełożeniu 1-1, a dalej także z jakimś skakaniem na blacie – musiał się skurczybyk łańcuch tak ucieszyć ze smarowania, że zapomniał z wrażenia jak powinien pracować . Ogólnie, to trzeba to wszystko wyczyścić i wyregulować, a być może wymienić.
Dalej spokojnie dol. Sanki dojechaliśmy do Kryspinowa i w dom. Szkoda, że nie wyszło dziś z mtb, zwłaszcza że po 3-ciej już szosowej dalszej przejażdżce czuję… łapy. Nie wiem jak to jest, że staram się je rozruszać – jakieś drążki, pompki – i wszystko na nic, na szosówce i tak łapie zmęczenie!?
Po nocnych opadach jakoś nie ciągnęło mnie w teren . Zresztą na rower też nie za wczas poszedłem, ale w końcu postanowiłem zrobić porządek z bateriami do Polara – po zmianie w zegarku i opasce działa jak świeżo kupiony .
Pierwszy raz w tym roku przekroczyłem 70km . Przez Kryspinów, Cholerzyn, Mników, Baczyn, Frywałd i Tenczynek pojechałem do Krzeszowic. Tam na chwilę na główną drogę, by odbić w Rudawie na równoległą drogę i podążyć nią do Zabierzowa. Tam przeskok na drugą stronę DK79 i przez Szczyglice do domu. Dobrze, że dziś tak nie wiało, jak w czwartek.
Wracając coś mi się zepsuło ze zmianą biegów z przodu . Ale nim zacznę rozwiązywać stricte sam problem trzeba się będzie w końcu zlitować i wymienić linki i pancerze, do których już chyba drugi rok się zabieram .
Magda mnie po szosie przeciągnęła, no ale sam się prosiłem o taką daleką trasę . Pojechaliśmy przez Mników i Rybną do Czernichowa. Dobrze, że pod wiatr było się za kim schować .
Razem z Dawidem wybraliśmy się do miasteczka startowego VII MTB Maraton Michałowice. W pierwszą stronę przez wzniesienia Woli Zachariaszowskiej, w drugą już do Krakowa główną drogą i dopiero przez miasto bardziej kombinując.
Ledwo parę wzniesień, a uda tak w kość dostały, że się parę razy zachwiałem, wstając po lekkim zasiedzeniu .