Zbierałem się dziś na rower jak przysłowiowa sójka za morze, zwłaszcza że zaabsorbowało mnie rozwiązywanie pewnego problemu. Jeszcze aura za oknem też nie zachęcała – znów nad Krakowem zaległ smog. Ostatecznie sprawdziłem tylko osobiście pogłoski o zakończonym remoncie bulwaru, a zatem i ścieżki do Tyńca.
Po okolicznych polach zahaczając o dolinkę Brzoskwini. Chyba zmęczony po wczoraj byłem, bo tętno – zwłaszcza początkowo – z trudem utrzymywało się w strefie tlenowej, chętnie spadając do aktywnej regeneracji (o innych objawach jak lekkie zakwasy nie wspominając). Ciekawe co by w takiej sytuacji pokazał pomiar mocy? Pozostało pojechać na odczucia.
Z okazji Święta Niepodległości coś trochę mniej typowego – marsz po górach. Podjechaliśmy z Magdą niemal na początek szlaku na Stare Wierchy. Na odcinku do tego szczytu nabieramy też najwięcej wysokości na stromych podejściach. Dalej – aż do Turbacza to gorczańska autostrada – sporo ludzi i stosunkowo łatwy teren. Jedyne urozmaicenie to przejście przez szczyt Turbacza (na którym byłem po raz pierwszy), a potem już schronisko (przy którym byłem piąty raz, ale pierwszy nie-rowerem).
Ze względu na późną godzinę wyjścia na szlak nie ma czasu na szukanie alternatyw i wracać musimy po własnych śladach. Zachód słońca zastaje nas niedużo przed schroniskiem na Starych Wierchach. Dalsze zejście odbywa się w zapadającym mroku, a końcówka już całkiem po ciemku. Do auta docieramy trochę zmarznięci (temperatura spadła do -2°C), ale zadowoleni – to był z pewnością dobrze wykorzystany dzień .
Na zdjęciu po prawej ciekawe "lodomchy" – wyrosły na brzegach dróg, jak się je trąci to zaraz spadają, a wyglądają zupełnie jak roślinki .
PS Aktywność „bieg” to trochę na wyrost większość trasy to żwawy marsz.
Zwykle rowerowe plany treningowe, ze względu na aurę i układ zawodów w roku zaczynają się w listopadzie, a kończą w październiku. Nie inaczej jest z tym do którego czasem zaglądam – miniony już sezon ograniczył datami 1. list. 2010 do 6. list. 2011. Jednak tym razem po raz pierwszy nie jeździłem wg planu i nie trenowałem, a wyskakiwałem na rower tylko z doskoku i bardziej w formie wycieczek. Skutkiem tego dystans jaki pokonałem zrównał się z tym z pierwszego roku po zakupie roweru (2003) – przejechałem tylko 3400km, co zajęło mi ok. 186h (z czego większą część samym początku i końcu wspomnianego okresu).
Uczestniczyłem też w tylko jednym maratonie – 9. Krakowskim Maratonie Rowerowym. Zajęte miejsce jak na ilość treningów było relatywnie dobre (158 open, 63 M2), zwłaszcza w porównaniu do osób regularnie trenujących. Największym sukcesem sezonu jest jednak mgr.inż. .
Trzymając się ściśle dat, w poniedziałek rozpoczął się nowy sezon treningowy. Założenia na niego są bardziej sportowe. Uczucie bycia wyjeżdżonemu i lekkości na podjazdach jest nie do zastąpienia. Z drugiej jednak strony sam rower to nie wszystko, a do godzin spędzonych „w siodle” dochodzą te na najedzenie się przed treningiem, higienę roweru itp., stąd wciąż jeszcze waham się w jakim wymiarze czasowym podejdę do sprawy. I na ile starczy sił i chęci – na razie ogólnie rozłożyłem sobie okresy w roku, a konkretne wymiary czasowe najwyżej będą dobierane w trakcie. Z racji, że nie spieszę się ze szczytem formy na kwiecień i zadowolę się wtedy po prostu równym wyjeżdżeniem, to na listopad przypadł jeszcze tzw. okres przejściowy, więc z luźnym podejściem do planu staram się nie zastać .
Sądzę, że przynajmniej połowę, jak nie więcej wyjazdów odbywam w kierunku zachodnim i północno-zachodnim (choć stanowi to jedynie ¼ możliwości). Dziś była jedna z odmian – południowy-zachód.
Kusiło mnie na jakąś dalszą szosę, ale bałem się, że znów zaliczę „zgona” i skończy się na gryzieniu linek byle dojechać – zwłaszcza że ostatnie dwa weekendy tak się kończyły niedzielne jazdy po mocniejszych sobotach, a wczorajsza z pewnością się do takich zaliczała. W dodatku nie udało mi się znaleźć nikogo chętnego do nadawania tempa i osłaniania od wiatru . Mimo wszystko postanowiłem zaryzykować.
Magda namówiła mnie na przyłączenie się do wyjazdy sekcji PK i był to bardzo dobry pomysł – wyszła wycieczka z krwi i kości .
Co prawda trasa była mało mtb (zwłaszcza że zdezerterowałem i pominąłem zjazd i podjazd wąwozem kochanowskim), ale i tak było gdzie się zmęczyć. W pierwszą stronę czerwonym rowerowym do zamku w Rudnie, a w drugą wyszło w sumie asfaltami.
Po 250m miałem serdecznie dość, a po 500m bardzo poważnie rozważałem ewakuację z basenu. Ostatecznie jakoś się przemogłem, ale ewidentnie woda była dziś zbyt niebieska i „pływało” (o ile można tak nazwać mało stylowe przemieszanie się ) mi się koszmarnie.
Po wczorajszej wycieczce dziś jechało się raczej ciężko. Dość szybko, bo już po 1–1,5h zaczęło mnie odcinać, a do domu wróciłem wściekle głodny . Pokręciliśmy się z Markiem po podkrakowskich asfaltach i polnych drogach.
Dawno już nie wyciągałem szosówki i w sumie myślałem, że już nie będzie okazji. Jesień jednak ostatnio jest naprawdę ładna, więc dałem się wyciągnąć Dawidowi.
Większość czasu chowałem się na kole, stąd relatywnie wysoka średnia prędkość w porównaniu do tętna, bo jadąc obok Dawida miałem wyższe niż on tętno. A tak to chowając się za nim to on się zmęczył.
Na wycieczce jak to bywa poszedł też mały sparing pod górę, ale tutaj wyraźnie odczułem brak wyjeżdżenia i pękłem przy tętnie 190.
Track trasy (uwaga na domyślne, brytyjskie jednostki, niestety nie jestem w stanie ze swojej strony nic na to poradzić ).