Po zawirowaniach z terminem maratonu ostatecznie padło na 1. maja. Pewnie właśnie ze względu na zawirowania z datą (oraz termin w środku majówki) frekwencja w tym roku była jedną z niższych w tej lokalizacji. Z mojego punktu widzenia – osoby walczącej w okolicach 1/3 stawki – było to tylko na plus. Po zeszłorocznym odświeżeniu trasy, dość szybko wjeżdża się na kręte wąskie ścieżki wzdłuż Warty. Choć niewątpliwie malownicze i przyjemne do pokonania, nie sprawdzają się niestety w tłumie. Rok temu, nie ma co ukrywać, było tam dosyć nerwowo; do rękoczynów nie doszło, ale można było się nasłuchać . W tym roku przejazd tam był dużo płynniejszy i bez negatywnych emocji wiszących w powietrzu .
Standardowa trasa treningowa przez Las Zabierzowski i dolinki (Racławki, Szklarska, Będkowska, Kobylańska).
Oj, przeciągnęli mnie chłopaki z teamu. Planowałem trochę wolniej, ale nawet dobrze się kręciło, więc gdzie mogłem też pocisnąłem. Teraz pozostaje tylko kwestia dobrze wypocząć przed Murowaną.
Niestety podobnie jak na IC tak i dziś trochę pod nogą brakowało, więc szału na maratonie to nie będzie, zawsze jednak można się postarać, aby było jak najlepiej .
Odkurzyłem sobie trochę rzadziej używanych ścieżek w lesie zabierzowskim, które występowały na trasach starszych edycji maratonów. A później niestety ewakuacja po asfalcie, bo czas gonił.
Od dzisiaj IC oficjalnie ruszyło już na długiej trasie, ale uwzględniając to, że jestem po chorobie oraz to, że na pierwszej górce odjechała mi zdecydowana większość grupy, to wybrałem krótszą wersję.
Dane z samej pętli IC:
dystans: 42,7km
średnia prędkość: 34,3km/h
czas pętli: 1:14:53
przewyższenie: 483m
średnie tętno: 173
tętno maksymalne: 191
Jak widać po tętnie robiłem co mogłem, ale nie wystarczyło. Średnia niby spora, ale to jednak jest jazda w grupie. Tyle że większość grupy (ponad 40osób! ) odjechało już na pierwszym wzniesieniu. Mimo wszystko fajnie było się przepalić .
Podobnie jak wczoraj, choć dziś już niestety bez towarzystwa. Znacznie więcej też było asfaltów. Ale chciałem dojechać do celu – zamku w Rudnie – i przeżyć .
Jedyny mocniejszy akcent to podjazd pod zamek od parkingu, udało się na kołach, ale hrmax 186.
Wracając spotkałem w Kryspinowie Warczące Szprychy w strefie bufetu, a że i u mnie były już pustki w bidonie, to skwapliwie się dosiadłem .
Sezon startowy coraz bliżej, to pasuje w końcu wsiąść na startówkę. Zwłaszcza, że przez zimę sporo się zmieniło . Razem z RB pokręciliśmy niespiesznie po okolicy. On przed zawodami, ja po chorobie, więc nawet zgraliśmy się tempem jazdy.
Jeszcze całkiem dobrze się nie czułem, ale słońce za oknem tak kusiło, że się wybrałem. Niestety okazało się, że poza słońcem jest też całkiem mocny chłodny wiatr.
Trasa niedaleka – tylko na tor kajakowy, była dobrym wyborem, bo i tak jak wróciłem miałem lekkie zawroty głowy .
Niestety nie chodzi o temperaturę z rowerowych treningów. 5 dni z temperaturami przekraczającymi 38°C (rekord 38,7) to zdecydowanie nic przyjemnego. Dopiero dziś troszkę lepiej (~37,5). Na tyle, żeby chciało mi się coś tu napisać z komórki...
Najpiękniejszy poranek od nie-pamiętam-już-kiedy, a mnie bolą węzły chłonne na szyi, pobolewa głowa i ogólnie czuję się jak mi ktoś młotem przywalił .
Zamiast rege-przejażdżki stawiam na rege-drzemkę. I trzymajcie kciuki, żeby nie wyszedł weekend w łóżku .
PS No i to tłumaczy wczorajsze dziwne samopoczucie na rowerze.
Dziwnie mi się siedziało na szosówce. Nagle wysokość siodełka jakaś nie taka się wydawała (choć przecież na takiej właśnie kręciłem w Hiszpanii). Tętno wysokie, prędkość mizerna.
Komfort poprawił się po podniesieniu siodełka o 5mm (chyba się ostatnio za dużo nasłuchałem o podnoszeniu siodełek na bikefittingach ).
A ogólnie to taka tam przejażdżka po najbliższych pagórkach (samolot, Przegorzały, Orla).