Ambitniejszy sposób powrotu z pracy niż tramwajem bądź mieszczuchem, bo… z buta. Wyboru nie było, trzeba było przebiec cały dystans i kropka , ale akurat w sam jest na obecne możliwości.
Tudzież dotlenić szare komórki, bo coś rozleniwiły się ostatnio trochę . Taka luźna przejażdżka do Tyńca tylko. Taki słoneczny dzień, że mimo chłodnego wiatru aż samo na pole wyciągało .
W weekend dopadło mnie dzikie zwierzę (niestety był to leniwiec sportowo-pogodowy). Dopiero dziś wybrałem się pobudzić coś bardziej krążenie. Dwa tygodnie temu sądziłem, że już gorszej kondycji mieć nie można – a tu proszę, niespodzianka – da się jeszcze wolniej . A dokładniej to tak samo szybko jak dwa tygodnie (i 2 wpisy) temu, ale dziś ze znacznie wyższym tętnem.
Pora wracać do obowiązków… im wcześniej temat zamknę tym szybciej będzie możliwość powrotu do jakiejś regularności treningowej.
Uderzyła od razu temperaturą ponad 10°C, do radia słuchaczka przysłała zdjęcie tegorocznego bociana, a na błoniach strach było szybciej pojechać (zwłaszcza, że wziąż jeszcze leży tam mnóstwo piasku).
Zatem i ja dokonałem wiosennego wyboru: szosówki i pojechałem przed siebie. Najwięcej z dzisiejszą trasą to się nakombinowałem, aby była na zachód ale możliwie bez podjazdów . Mimo to przez całą drogę zastanawiałem się po co mi w zasadzie w szosie ten blat, bo jakoś nie znalazłem dla niego zastosowania --może bym go odkręcił, będzie lżej .
Dziś już „prawdziwy” aktywny rozruch . Wybrałem formę biegową, bo jednak mniej czasu wymaga a dziś trochę okoliczności losowych wypadło . Katar wciąż jeszcze powoli się ze mną rozstaje – gdzieś się dobrze zadekował, ale dobrze było się przewietrzyć (poza jak zwykle ocierającymi butami, przekleństwo jakieś, widać nie zamierzają się rozbić – wygląda, że trzeba będzie szukać szczęścia z innymi).
…ból głowy . Takie dobre plany na dziś były, ładna pogoda z plusową temperaturą (nota-bene w marcu, to mogła by już się stać regułą, a nie wyjątkiem), ale z pękającą głową ciężko. Załatwiłem tylko parę spraw na mieście mieszczuchem (m.in. przednią przerzutkę 130g na miejsce LXa '04 który wyzionął ducha w Istebnej). Niestety okazało się, że opaski do Polara w sobotę kupić się nie da (a w ogóle, to dystrybutor przeprowadził się z okolic Bikershopu na św.Gertrudy czego jakoś zupełnie nie zauważyłem).
W pewnym zgodnie z planem zrealizowałem dziś rozruch po chorobie, choć nie taki jak planowałem bo w wersji „cywilnej” a nie sportowej .
W zeszłym tygodniu tak się złożyło, że nie miałem jak pojeździć no i już zaraz mnie coś złapało . Już nie wiem nawet który to już raz w tym sezonie jesienno-zimowym .
Teraz znów zdrowienie, a potem, jak dalej zima będzie trzymać chyba będzie trzeba się z trenażerem przeprosić i mimo nie-sportowych planów czasem na niego wsiąść, bo wygląda, że bez ruchu to organizm zupełnie się rozleniwia (tylko czy taki domowy coś daje w kwestii odporności?).
W zasadzie to pagórki i to całkiem pobliskie, ale podjeżdżając pod nie dziś czułem się, jakby urosły do miana gór — podjazd w Czułowie zajął mi… 18min., a potem jeszcze trzeba było się wyspindrać do Chrosnej. Ale tak na razie musi być, póki co sezon ten sezon zapowiada się rekreacyjny i ruszam się tylko, żeby całkiem się nie zastać.
Udało się dziś wyskoczyć na przejażdżkę. Dawno w Tyńcu nie byłem, to się tam wybrałem. Na ścieżce trochę wiało, więc jak przystało na niedzielnego rowerzystę prawie stałem w miejscu , ale jakoś udało się dobrnąć i wrócić pętelką przez Skawinę.
Obecne ocieplenie to wręcz idealna okazja, aby poprawić statystki jazdy na rowerze, a te są kiepskie, bo ostatni raz na polu kręciłem jeszcze w listopadzie , z trenażerem też jakoś krucho. 9°C w lutym to naprawdę dobre warunki i nawet nie ma co narzekać na dość silny wiatr.
Fajnie było, choć blisko i powoli… i jak widać prędkość średnia z założoną „trenażerową” się zgadza .
Dziś już tętno spokojniejsze, ja również jakoś naddatków energii nie czułem . Wręcz przeciwnie – niedzielne kręcenie nie było tylko wspomnieniem – dało się odczuć i trochę w rękach i w nogach. Chyba się kurcze zastałem bardziej niż sądziłem…