Nie jestem pewien, czy aż tak się rozsunęły kratki, czy miała ułamany ząbek, czy to było to podlane lekko asfaltem miejsce po ukradzionej, ale snake był taki, że dętka prosto do kosza.
Tak jak się spodziewałem zakwasy nie przeszły i nogi wyraźnie bolały przy próbach mocniejszego deptania. Dobrze, że brzuch i plecy w miarę odpuściły, choć na jednym dłuższym technicznym zjeździe też je poczułem.
Mimo wszystko jechało się dobrze. Trasa była sucha, pogoda w sam raz do ścigania, ciepło ale z dającym ulgę wiatrem, a do tego sporo leśnych odcinków. Jedynie czas uciekał nie co za szybko w porównaniu do kilometrów i nie urwałem od zeszłorocznego czasu zbyt wiele. Wtedy był mega syf, tym razem chyba jednak nieco gorsza forma.
Wyparowały mi gdzieś wszystkie łyżki do opon, więc zostałem zmuszony do zrobienia dziś rozjazdu. I tak go planowałem, bo pogoda niezła, a zakwasy solidne. Wygląda, że do jutra nie zdążą przejść .
No i boli, tak jak się wczoraj spodziewałem. Ale mimo to pojechałem na zaplanowane podjazdy. Już pierwszy czas był taki jak najsłabszy 2 tygodnie temu. Na kolejnych dwóch udało się utrzymać zbliżone tempo, ale na czwartym powtórzeniu mocno osłabłem i tym samym był to ostatni podjazd.
Teraz już tylko wypoczynek do Myślenic.
Miałem jechać dziś na spokojną szosę, ale Karo wyciągnęła mnie do Lasku i to był bardzo dobry pomysł. Przypomniałem sobie kilka dawno nie odwiedzanych miejscówek, odkryłem nieco nowych i zmienionych ścieżek jak również po raz pierwszy – w końcu! – zjechałem jeden z dłużej mi już znanych zjazdów.
Noga nadal nieco podcięta, ale tętno już zauważalnie lepiej. Pojawiły się dziś sprinty na tablicę i okoliczne wzniesienia oraz parę mocniejszych zmian pod wiatr . Chwilami zmęczenie wciąż jeszcze dawało o sobie znać, ale przyjemnie było tak się przejechać wyszukanymi przez Karo drogami biegnącymi wśród drzew, w promieniach słońca, a przy tym trochę pobawić tempem jazdy .
Od dłuższego czasu planowałem wybrać się rowerem do Ogrodzieńca. Spora odległość wymagała jednak większej ilości wolnego czasu oraz dobrej pogody. W końcu trafiła się taka okazja: dzień wolny, dobra pogoda, dodatkowa motywacja challengem na stravie.
Trasa wyszła podobnej długości jak z Krakowa, ale jechaliśmy z Karo spod Częstochowy. Wyjazd wyszedł nam nadspodziewanie szybki. Początek mieliśmy z wiatrem spod chmury, który później trochę osłabł. Mimo to końcówka i tak była pod wiatr i wymagała sporo pracy aby dowieźć średnią do końca. Ale było warto – dla własnej satysfakcji .