Wygląda, że maraton kosztował naprawdę sporo sił, bo próbuje mnie złapać jakieś przeziębienie. Pogoda też nie za szczególna. Ratuję gardło jak mogę, ale z treningów znów nici .
Popołudniowe załatwienia i jedną opcją na rozjazd to rozłożyć trenażer, choć już sobie spokojnie czekał na szafie na kolejną zimę. Mimo wszystko zauważyłem, że lepiej zrobić rozjazd niż nie zrobić – łatwiej jest zrealizować treningi w kolejnych dniach.
Długa (czasowo) i ciężka trasa. Początek jak (prawie) zawsze to podjazd pod Wang. Tętno ładnie kręci się na poziomie ok.180bpm, ale mam wrażenie, że nie przekłada się to na prędkość podjeżdżania, w czym utwierdza mnie odjeżdżająca w górę czołówka kobiet…
Następny podjazd w okolice Przełęczy Pod Czołem to wąska techniczna ścieżka. Widać, że niestety sporo osób „przetrenowało się na szosie” i odrobina technicznych trudności powoduje spore problemy. Drugą obserwacją jest, że jednak dużo częściej ślizgają się 26-stki.
W planie było nieco więcej, ale deszcz popsuł szyki. I tak udało się zjechać na nocleg przed największym oberwaniem chmury! Tętno nieco zmulone: HRmax 170.
Wprowadzenie dzień przed startem ostatnio robiłem kilka lat temu. Nie wiem, czy wpływało to pozytywnie na jazdę w dniu następnym, ale często było sporym kłopotem (w kwestii zorganizowania się czaso-przestrzennie, a czasem i logistycznie). Ciekaw jestem, jakie odczucia będę miał tym razem.
Podjazdy krótkie na twardo. Wyszły dość równo. Tętno kręciło się dobrze, choć nie bardzo dobrze; lub jak kto woli wysoko, choć nie bardzo wysoko – HRmax 175bpm.
Ale próba jazdy w terenie po podjazdach zakończyła się porażką – zero panowania nad rowerem. A do domu ledwo dojechałem, takiego zgona złapałem (stąd też niskie średnie tętno z całości).
Minęło sporo czasu od ostatniego takiego treningu. Niby nie jest to szczególnie ciężki trening, ale daje się odczuć. Czasem pomaga fajnie przetkać zmulenie, innym znów razem czuć go w kolejnych dniach.
Jadąc w grupie pamiętajcie zawczasu ocenić możliwość przejazdu wszystkich przez skrzyżowanie. Zdecydowanie zbyt późno oceniłem, że nie uda się wjechać czym doprowadziłem do kolizji. Przepraszam.
Jechało mi się dzisiaj niemal tak ciężko, jak po jakiś zawodach. Raz, że złapały mnie znacznie większe zakwasy, niż bym się spodziewał po wczorajszej gimnastyce, a dwa to, w zasadzie nie wiem co. Chyba się zwyczajnie zastałem?!
Leje tak, że nie mam ochoty wychylać nosa z domu. Trenażer jednak też mnie nie kręci. W efekcie wychodzi kilka dni bezruchu. Dzisiaj tylko odrobina gimnastyki. I przeróbka planu treningowego na tydzień regeneracyjny, skoro i tak już taki wyszedł.
Przejażdżka z Karo po lasku. Dawno już nie wjeżdżałem w las po opadach. Błoto się pojawiło, ale nawet nie zapaskudziło zbyt rowerów. Miało być spokojnie, ale jak to w lasku wyszło spokojnie z akcentami .