Starmosiło mnie wczorajsze XC niemiłosiernie. Nie dość, że ogólnie jestem mocno wykończony i zmęczony, to jeszcze mam solidne zakwasy z boków brzucha. W związku z tym dziś jedynie delikatny rozjeździk.
Dobrze przejechane zawody. Wysokie średnie (174) i maksymalne (187) tętno. Przez cały wyścig1 – 8 okrążeń po ok. 4km – udało się utrzymać bardzo zbliżone czasy okrążeń po niespełna 10min (jedynie pierwsze wyszło nieco dłuższe). Na pierwszych 3-ech dodatkową motywacją była ucieczka przed zwyciężczynią wyścigu kobiet Ewą .
Trasa miała kilka technicznych fragmentów, ale generalnie przeważały szybkie leśne ścieżki. Była też betonowa płytka tak umiejscowiona, że można się z niej było wybić, lub ją objechać. Dwa pierwsze kółka fajnie udało się skoczyć, na trzecim już jednak lądowałem na przednim kole i na kolejnych odpuściłem skoki.
Zawody najbardziej zepsuli sędziowie. W ogóle nie zarejestrowali tego, że ukończyłem zawody – ustalone 8 kółek! Co ciekawsze, gdy jednego z uczestników chciałem się podpytać o czas, aby móc określić bardziej realnie (niż podane w oficjalnych wynikach) swoje miejsce, okazało się, że też mu się nie zgadza uzyskane miejsce z rywalizacją z trasy. Szkoda, bo mogłyby to być zupełnie fajne zawody nie bardzo daleko od Krakowa.
GPS zjadł sporo dystansu ze względu na krętą trasę, stąd w danych treningu tylko 25, a nie około 32km ↩
Jeżdżenie podjazdów w piątek popołudniu to niekoniecznie jest najrozsądniejsza opcja. Za grosz nie mam ochoty na jakikolwiek trening. Swoje też dokłada pogoda strasznie w kratkę – chwila słońca a już moment później rzęsisty deszcz.
Podjazdy dłuższe (po 8 min), ale na średniej/wyższej kadencji. Co nie zmienia, że mięśnie i tak można było poczuć. Poszczególne powtórzenia kończyłem bardzo podobnie (kawałek za słoniami). Orientacyjne zerknięcie na stoper podczas mijania pasów przy kasach wskazywało, że lekko słabłem (choć tętno trzymałem): 7:00, 7:05, 7:12, 7:12, 7:15.
Niebo zaciągnięte chmurami, jakby zaraz miało lunąć. Nie oddalałem się więc zbyt daleko od centrum, zwłaszcza, że czułem też dość wczorajszy wyjazd.
Ostatecznie wyszedł z dużej chmury mały deszcz, ale i tak już nie dokręcałem, bo bolał mnie… tyłek .
Niezbyt długi dystans 40km wraz z dużym przewyższeniem 1850m wskazywały na to, że lekko nie będzie. Do tego jeden z niewielu w tym roku gorących weekendów i było jak się zmęczyć.
Trasa poprowadzona po Beskidzie Śląskim tak jak się spodziewałem była stroma pod górę i kamienista w dół. Muszę przyznać, że nieco dziwnie się czułem w sytuacji, gdy 90% trasy prowadziło drogami (asfaltowymi, płytowymi, szutrowymi, kamienistymi, leśnymi). Nawet jak nieco przesadziłem (w końcu w paru miejscach jechaliśmy szlakami, tyle że akurat też były dość szerokie), to widocznie zdążyłem przywyknąć do MTBMarathonowych tras biegnących po ścieżkach i górskich szlakach . Ogólnie wymagała raczej więcej kondycji niż techniki, choć trzeba było uważać na luźnych kamieniach na zjazdach.
Odpocząłem sobie jeszcze trochę po ostatniej nieudanej jeździe i plan na dziś był, że będzie jak będzie, to znaczy albo uda się zrobić przepalenie, albo nie.
Od początku jazdy noga fajnie podawała, a tętno dobrze się kręciło. Dlatego, pomimo późniejszej pory i maratonu w dniu jutrzejszym wydłużyłem nieco zaplanowaną rozgrzewkę. A potem cel wieczoru, czyli podjazd na Przełęcz Przegorzalską od strony Wisły. W końcu wszystko zaskoczyło jak trzeba i wyszedł czas, jaki powinien wyjść już rok temu. Tyle że sytuacja na segmencie zdążyła się zmienić i na KOMa znów było za mało ;P.
Czułem się w miarę dobrze, choć wybitnie nie miałem ochoty na sport. Potraktowałem to jako przejaw skrajnego lenistwa i zmusiłem się jakoś do wyjścia.
Niestety wrażenia z jazdy były zupełnie denne. Nie miałem siły ani ochoty kręcić, ze sporym trudem przekraczałem 120bpm. W obliczu takiego stanu stwierdziłem, że nie ma się co torturować i zawróciłem na dom znacznie szybciej niż początkowo planowałem.
Podejrzewam, że mimo braku objawów wciąż jeszcze trochę trzymają mnie jakieś wirusy.
Przed weekendem męczył mnie ból gardła, a tym razem przyplątał się jakiś katar. W niedzielę było w lesie odczuwalnie wyraźnie chłodniej niż wskazywał termometr i chyba jednak wychłodziło mnie. Może jak się pogoda poprawi to spróbuję coś pojeździć, bo ostatnio lipa straszna z treningami.
Miała być bardziej wycieczka, a wyszedł raczej rozjazd. Tętno nie chciało mi się w ogóle kręcić. Jak w tym sezonie zwykle miałem 10 lub więcej uderzeń wyższe niż Karo, tak dziś było niemal 10 niższe, czyli różnica 20.
Soczewki przez noc nie naprawiły się magicznie, więc poszły do śmieci i wybrałem się w zwykłych okularach. Wczoraj na XC jednak zbyt bałem się konsekwencji jakiegoś ewentualnego błędu, dziś na spokojną jazdę miało to jednak większą rację bytu. I przez pierwszą niemal godzinę było ok, nie licząc wiatru na zjazdach i w efekcie łzawiących oczu. A potem jakiś mały fragment suchego liścia wpadł do oka i mordował mnie do końca wycieczki. Dopiero w domu przy dobrym świetle udało się gada upolować.
Okazuje się, że jedna para soczewek przy sobie, to zdecydowanie za mało, a komfort okularów sportowych jest nie do przecenienia.