4 podjazdy, 4 zjazdy i meta. Niby niewiele, ale potrafi dać w kość.
Na pierwszym podjeździe jadę mocno, ale nie w trupa – kiedyś tak zrobiłem i dało mi na tyle popalić, że nie powtarzam tego błędu . Zjazd poszedł w miarę gładko. Na pierwszym stromym odcinku przekonuję się dlaczego nowe opony: Fast Tracki są fast – trzymają na tyle słabo, że zjeżdżam szybciej niż planowałem .
Drugi podjazd staram się iść mocno, ale nie wiedzieć czemu nijak nie przekłada się to na wyprzedzanie. Co gorsza sam jestem doganiany! Między innymi przez Kubę „makumbę” Litawińskiego. Ale jednak co znajomy to znajomy i staram się utrzymać na kole choćbym miał linki pogryźć. Przez chwilę trochę mi ucieka, ale przełamuję jakoś kryzysik i na szutrowej końcówce podjazdu idziemy po zmianach wyprzedzając trochę ludzi. A na zjazdach jako słabiej zjeżdżający jadę „na zająca”.
Po tej rozgrzewce za nami była połowa trasy (20km) a przed nami danie główne.
Miał być dłuższy spokojny trening. A tu kawałek za Tyńcem nieco zaskoczony stwierdzam nowe metaliczne cykanie w rowerze. Na rozwiązanie zagadki co zaczęło hałasować nie musiałem długo czekać, bo jakieś 400m dalej skończył mi się łańcuch. Leżał sobie 20m za mną na drodze.
Trudno, upaprzę się i zaraz pojadę dalej. A tu ZONK, nie mam spinki na 9rz, jest tylko 10rz do startówki i nie pasuje.
To oznacza, że się mega upaprzę .
Biorę się zatem za rozkuwanie i skuwanie. Nie wiem, czy to kwestia tego, że mam już trochę starmoszony rozkuwacz, czy łańcuch, czy nie przyłożyłem się wystarczająco dobrze, ale pin z drugiej strony nie wchodzi prawidłowo. Bardziej łańcucha skracać już nie bardzo jest z czego i nie chce mi się. Odpuszczam resztę treningu i delikatnie „na paluszkach” wracam najkrótszą drogą, byleby dojechać. Udało się, ale z treningu wyszła jedna wielka lipa .
Nadal głównym rozgrywającym plan treningowy pozostaje sobotni maraton. Aby nie zajechać mięśni, ale jednak nieco się zmachać zrobiłem dziś tempówki interwałowe na podjeździe (w miejsce podjazdów na twardo). Padło 4x ZOO, ale mocno bez szału. Najlepszy podjazd ledwo 7:22.
PS Fajne przewyższenia mi ostatnio wychodzą, wcześniej 444, teraz 555 .
Już w ten weekend trzeba będzie pokonać zjazd z góry Borówkowej, wyskoczyłem więc poszukać jakiś korzeni w lesie i przypomnieć sobie jak się po takowych jeździ. Za wiele nie znalazłem, ale i tak poczułem się na rowerze MTB nieco pewniej . Tylko sił po majówce jakoś tak niezbyt wiele do kręcenia było…
Nie wiem o co chodzi, ale nie potrafię szybko jeździć na szosówce. Dałem dziś tylko parę zmian na podjazdach gdzie pojechałem twardziej i mocniej w ramach zaplanowanego treningu. Na reszcie trasy raczej bym się zagotował próbując utrzymać nadawane przez Karo tempo. Pozostałem więc tylko na oglądaniu tylnego koła . Takiej średniej jak dziś na koniec, to baaaardzo dawno nie widziałem , a przeciągnięty też się czułem dość solidnie.
Ładna pogoda też zrobiło sobie majówkę i został chłód i deszcz. Popołudniu drogi nieco przeschły i udało się zrobić 4 tempówki interwałowe. Przynajmniej się człowiek nieco rozgrzał , bo 5°C to zdecydowanie nie to, co tygrysy lubią najbardziej.
Miałem w planie wybrać się na trasę pętli IC mega, ale akurat nad Sanką zawisła deszczowa chmura i ewidentnie intensywnie wziął się za swoją robotę. Dostosowałem więc dynamicznie plany i pokręciłem przed siebie wzdłuż dolinek. Niby fragmentami tej drogi przejeżdżałem, ale w całości, to jechałem nią chyba pierwszy raz. Tak czy siak przez Karniowice i Biały Kościół dojechałem do szosy olkuskiej. Tam coś mi się pomieszało i zamiast na serpentynę do Ojcowa, dojechałem do końca drogi i początku szlaku. Nie chciało mi się już jednak wracać i zrobiłem sobie lekki przełaj . A potem już doliną prądnika wyjechałem na drogę Krk-Skała.
Pierwszy start sezonu i chyba pierwszy raz bez „tremy”. Tym razem nie nastawiałem się na jakiś super wynik mający być odzwierciedleniem zimowych treningów, bo treningi posypały się po glebie. Chodziło tylko o to, aby przejechać i nie złapać zgona po drodze . Podążając tym tropem w pierwszej części wyścigu starałem się nie przekraczać 180 uderzeń serca na minutę, bo na takie harce na początku, to trochę pod nogą trzeba mieć (a i tak różnie potem może być).
Po płaskim jechało się nawet całkiem ok. Braki treningów wychodziły za to od razu pod byle wzniesienie (ej, a to nie miał być płaski maraton?! ). Do Dziewiczej Góry dojechałem już w stawce równie ślamazarnie podjeżdżającej jak i ja, więc udało się nie stracić tam żadnego miejsca. A potem zaprocentowały chyba minione sezony (i „spokojny” początek), bo przed metą udało się jeszcze z 15 osób łyknąć.
Ogólne wrażenia z maratonu ok. Kondycja i podstawowa wytrzymałość są (choć na wycieczkach się skubane mocno ukrywały!), ale wyraźnie brakuje siły (mięśni). W tętnie bywały jeszcze zapasy, ale nie było w nogach czym zakręcić (to raczej jedno z niższych średnich tętn z Murowanej).
Wciąż jestem na dość wczesnym etapie przygotowań do sezonu, a tu już pierwszy start za pasem. Chcąc nie chcąc pasowało przypomnieć sobie jak to jest na tętnie 180+. Na podjazd pod zoo nie czułem się dość silny, a i na dzień przed zawodami nie chciałem się męczyć na aż tak długim odcinku. Postawiłem więc na ok. 2 minutowy podjazd pod Przegorzały od strony Wisły. Rozgrzewkę zrobiłem jeszcze na bulwarach, po czym rura pod górę i na dom.
Uzyskany czas 2:03 jest niby tylko 3sek. gorszy od mojego rekordu. Wtedy jednak dwa razy spadł mi łańcuch, bo przekombinowałem ze zmienianiem biegów, więc tak naprawdę strata jest większa. Czy jest dobrze czy źle, to też ciężko ocenić na tak krótkim odcinku. Nie ma jednak wątpliwości, że solidnie mnie przytało i tętno potrzebowało sporo czasu aby zejść do rozsądnych wartości.
Jak w temacie. Pojechałem przypomnieć sobie nieco jak się w terenie jeździ. Nie ma co ściemniać – skręty to kaleczę strasznie. Strach przed kolejną glebą bardzo mocno siedzi w głowie. Mimo wszystko to dopiero 2 miesiące od wypadku, więc może z kolejnymi km w terenie nieco się poprawię.
Test nowych kółeczek wypadł bardzo pomyślnie. Test mnie nieco gorzej. Raz już widziałem się nawet leżącego, ale jakimś cudem udało się wybronić.