Niechętne zbieranie na rower tłumaczyłem sobie czającymi się za oknem burzowymi chmurami, ale możliwe, że wpływ na to miało również lekkie zmęczenie i świadomość co mnie dzisiaj czeka. A lekko nie było. Po treningu wróciłem na miękkich nogach.
Przed jazdą wymieniłem linkę od tylnej przerzutki. Okazało się, że nie pancerze były zapchane, tylko linka wewnątrz manetki – na odcinku na którym jest ciasno zwijana – zaczęła pękać. Ale jak już wymieniałem, to pancerze nowe też dorzuciłem.
A odnośnie tytułu, to… podgiąłem obręcz . Przez 3 lata na starych kołach nic takiego mi się nie przytrafiło, nowe ledwo kwartał użytkuję i już, ech. Przyznaję, moja wina, źle oceniłem dziurę – jako mniejszą – i nawet nie próbowałem wykonać podskoku. Będzie trzeba się temu przyjrzeć.
Ciągle pada… ale może się wypada w czerwcu zamiast w lipcu.
Tlenówka z przyspieszeniami. Niestety nie dość, że było mokro, co wprowadza trochę ryzyka do przyspieszeń, to jeszcze – w tym naszym wspaniałym klimacie – zapchał mi się pancerz od przerzutki. Tak, w szosówce! I trzeba było kliknąć 3x, żeby coś się zmieniło. Ale czasem zmieniało się też samo. I to też nie było bezpieczne w sytuacji przyspieszania. Ogólnie więc wyszło delikatniej niż ostatnio.
W piątek przerwa była planowana, wczoraj już mniej – cały dzień waliło deszczem i nie miałem najmniejszej ochoty na jazdę w takich warunkach. Zwłaszcza, że coś mnie w gardle lekko drapało, bo jakbym czuł się 100% zdrowy, to kto wie…?
Według planu realizowałem więc wczorajszy trening. Standardowa trasa po pagórkach (choć z niestandardowym powrotem przez Czernichów w miejsce Krzeszowic). Podjazdy bardzo mocno i twardo (w zasadzie na maksa), pomiędzy też dość żwawo (~81%HRmax). Efekt całkiem niezły, na podjeździe z Frywałdu do Sanki personal best: 4sek. urwane, ale zawsze. Cieszy tym bardziej, że to poprawa czasu z 2010 roku, do których to rezultatów w zeszłym roku za grosz nie mogłem się zbliżyć. Sumaryczny czas z 6-ciu mierzonych hopek też na dobrym poziomie.
Aż się chce zapytać, skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle, czyli czego jeszcze brakuje do porównywalnych z latami 09–10 wyników na maratonach. No chyba, że to czołówka aż tak odjechała?
I tylko bardziej niż nogi po dzisiejszym treningu boli prognoza na kolejny tydzień – deszcz, deszcz i deszcz…
Wyjeżdżając z Krakowa zostawiamy za sobą mokre drogi. Całą trasę do Łączan pogoda jest ok, ale nad drogą powrotną wiszą złowrogo ciemne chmury. W międzyczasie 30min. mocna tempówka.
Po nawrocie zaczyna kropić. Następnie przestaje. Już był w ogródku, już witał się z gąską, ale w Skawinie znów zaczyna padać, na horyzoncie grzmoty. A w Tyńcu regularna ulewa. W sumie dawno butów nie miałem mokrych… całe 5 dni .
Chyba będę musiał się „rozstać” z ICM. Miało padać od 12:00, a do wieczora nie spadła ani kropla. I to nie pierwsza już taka pomyłka w tym miesiącu (i nie druga).
Ten start budził moje obawy od samego początku. Miejscówka, która kojarzy się z błotem, trudnymi zjazdami i bardzo długą walką na trasie. Rozważałem dezercję, ale koniec końców pojechałem i to mimo kiepskich prognoz pogody! I było warto!
Ze względu na aurę trasa nie miała zapowiadanych 53km, za co wielkie podziękowania dla organizatora – swoje na trasie i tak można było spędzić. W paru miejscach pojawiły się drobne modyfikacje, być może właśnie dzięki temu całość była dość dobrze przejezdna nawet na oponach dedykowanych na suchsze warunki (z braku laku…).
Złapałem chyba lekkie rowerowe przesilenie. 3 tygodnie, 3 maratony, 2 razy szorowanie butów, 1 raz rozbieranie roweru do dokładnego czyszczenia. Przygotowałem nawet dzień wcześniej rower, aby pojechać do lasku, ale tak mi się nie chciało, że skoczyłem tylko na lżejszą, krótką szosową przejażdżkę.