Rozjazd
Dane treningu
- 22.70 km
- 00:55:53 h
- 24.4 km/h
- HR avg.: 120 ( 60%)
- Przewyższenie: 91 m
- Kalorie: 413 kcal
- Aktywność: Szosówka
- Ćwiczenia: E1+
Dziś sporo ładniej niż wczoraj, choć nadal bardziej wiosna niż lato
.
Dziś sporo ładniej niż wczoraj, choć nadal bardziej wiosna niż lato
.
Wiedziałem, że start w maratonie niespełna tydzień po etapówce będzie trudny. Pamiętałem z zeszłych lat, gdy MTBTrophy kończyło się tydzień przed maratonem z cyklu, że finiszerzy mieli tam ciężkie chwile. Mimo wszystko miałem do wyrównania porachunki z trasą z zeszłego roku i chciałem się rozliczyć
. Sprawę trochę utrudniło załamanie pogody dwa dni przed startem – już wcześniej było deszczowo, ale na sam maraton, mimo że to środek lipca, było niespełna 10°C, a do tego deszcz i silny wiatr…
Zmęczenie wciąż mnie trzyma, najchętniej uciąłbym sobie popołudniową drzemkę, ale w pracy nie ma jak. A po pracy jakoś w nastroju na spanie już nie byłem, więc się leniwie przejechałem.
Obudziłem się po 9h snu, nie chce mi się już więcej spać, ale wcale nie czuję się wyspany. Senny snuję się po domu parę godzin, by koło 14:00 uciąć sobie drzemkę.
Sam rozjazd taki trochę wymuszony, bo do sklepu i pożyczyć klucze do serwisu, gdyby nie „przymus” (mimo wszystko łatwiej to załatwić w dniu wolnym od pracy), to nie wiem, czy w ogóle gdzieś bym się ruszył.
Przed ostatnim etapem daję się ponieść lekkiemu rozluźnienie (czyt. lenistwu – nie chciało mi się porozciągać i natrzeć żelem regeneracyjnym wczoraj wieczorem). Pewną niewiadomą jest charakter trasy (jak RB dowiaduje się przed starem pół-na-pół z pierwszego i trzeciego dnia), a lekko stresuje fakt, że start jest godzinę wcześniej, a my musimy opuścić kwaterę i wszystko wrzucić do auta.
W przedstartowych rozmowach każdy się pocieszał, że dziś będzie łatwiej, bo będą szutry. Lekki niepokój budził jedynie profil trasy w okolicach 27. kilometra.
Dylemat jak się ubrać, prognozy mieszane, raz że deszcz, raz że słońce, najpierw miało być cieplej, ale jednak ma być chłodno. Ostatecznie stawiam na spodenki 3/4, potówkę i bluzkę z długim rękawem. Na dojeździe do startu czuję jednak, że coś ciepło w tym zestawie.
Drugi etap Bike Adventure miał być tym „królewskim”. Co prawda ujęto mu z rana kilka km (niby 5km, ale wyszło tylko 2km mniej) oraz przewyższenia (300m mniej) — pewnie w oparciu o wczorajsze czasy pokonywania trasy. Mimo to wcale nie było lekko i jakoś nie słyszałem, aby ktoś za anulowanym odcinkiem tęsknił
. Zresztą na trasie nadal zostało sporo trudnych szlaków w okolicach Karpacza (część z nich pokonywałem 3tyg. wcześniej podczas mtbmarathonu).
Tym razem byliśmy już lepiej zorientowani w kwestii miejsca startu
, do tego nie trzeba było nic załatwiać, a jedzenie na rano przygotowaliśmy wieczorem, więc poranek był dość spokojny. Zdążyłem też natrzeć się emulsją rozgrzewającą, na co wczoraj brakło czasu, a nadal było raczej chłodno, wilgotno i ponownie miało nas zlać…
Po wczorajszych przygodach budzik zadzwonił zdecydowanie zbyt wcześnie. Szybka decyzja: najpierw załatwiamy formalności w biurze zawodów, a później jemy śniadanie. Numery odbieramy sprawnie, jednak czuć, że po opadach (nocnych i nie tylko) cały teren jest mocno nasiąknięty – nie wróży to najlepszych warunków na trasie.
Gdy zwarci i gotowi (choć w moim przypadku w niezbyt bojowym nastroju) zjawiamy się w miasteczku startowym (po rozgrzewce ok. 6-7km z noclegu) jest tam pusto. Za pusto. O tym, że nie byłem zbyt wyspany świadczy to, że stwierdzenie tego faktu nie wywołało u mnie żadnych procesów myślowych. Dopiero pytanie Roberta „gdzie są wszyscy?” oraz pani z biura zawodów „a co wy tu jeszcze robicie?” wprowadziło stan wyraźnego niepokoju.
Dzień wyjazdu na etapówkę. Rower w serwisie, auto w warsztacie, nic nie spakowane, tyle że zakupy dzień wcześniej tuż przed północą zrobione. To się nie może udać
.
Ostatecznie w godzinach popołudniowych wyjeżdżamy wraz z Robertem z Krakowa.
Poranne wstawanie na odstawienie auta do warsztatu planowałem odespać na kwaterze. Jednak plan sprawnego dojazdu psuje wypadek na autostradzie: wywróciła/zderzyła się z kimś laweta przewożąca auta (taka piętrowa, możliwe, że z przyczepą), pasy w obu stronach zablokowane. W korku spędziliśmy około 3-3,5h. W okolicach Jeleniej Góry jeszcze łapie nas deszcz.
Na kwaterę dojeżdżamy pojedyncze minuty przed północą. Tyle dobrze, że padać przestało i można się wygodniej wypakować. Ale z wyspania nici
.
Choć ja po Myślenicach czuję się całkiem dobrze, to rower wyraźnie gorzej. Tak jak dosmarowanie sterów czy pedałów nie jest dla mnie większym zaskoczeniem, tak padnięte łożysko w suporcie okazało się nie lada wyzwaniem. Niestety jest bardzo nietypowe: zarówno ze względu na średnicę jak i szerokość wewnętrznego pierścienia. Jedyna opcja to wymiana pakietu, ale okazuje się, że nowe rozwiązania (Press Fit) do Krakowa niezbyt dotarły (w końcu to taka wioska na zadupiu, a nie drugie co do wielkości miasto w Polsce). Dopiero za 17 telefonem usłyszałem, że „tak, mamy”. Owszem, mogłem dzwonić w odwrotnej kolejności, ale Windsport na liście kontaktów jest akurat niżej
.
Zatem szybki wyskok na szosówkę i kupuję drania. Przy okazji próbuję pożyczyć manetkę do amortyzatora (nowe plastikowe PushLoc'i to totalne dziadostwo), ale nastąpiło jakieś niedogadanie i będę jeszcze musiał wybrać się wieczorem. A jakby tego było to jeszcze z autem coś się dzieje, jutro czeka mnie jeszcze poranna pobudka i może uda się wykonać jakąś szybką diagnozę. O tym, że nawet nie zacząłem się pakować, to chyba już nie ma co wspominać? ![]()
A miały być takie spokojne dni…
Rozjazd do sklepu. Zapasowe biodny na wypadek, gdyby podczas etapówki któryś znów – jak w Złotym Stoku – postanowił się ze mną rozstać.
Już 5-ta edycja BikeMaratonu, jednak dopiero druga w której jadę. Tym razem nie pada od samego startu, jednak wypadało się wcześniej, a nad górami po których mamy się ścigać wiszą ciężkie chmury.
Długo wahałem się, czy jechać trasę mini czy mega (w kontekście zaczynającej się 5 dni później etapówki). Pierwsze było trochę za krótkie – mniej więcej niepełna godzina, drugie obawiałem się że za długie (po czasach z zeszłego roku wydawało mi się, że 3,5h). Ostatecznie zaryzykowałem jednak MEGA i był to dobry wybór.