Miała być zwykła popołudniowa przejażdżka, o tak tylko, żeby nie wychodzić ponad próg. Jednak Karolina upewniwszy się, że nie mam w planach tylko luźnej przejażdżki, informuje że ma w planie 50-cio minutową tempówkę. No nic – pomyślałem sobie – siądę na koło i jakoś to będzie… taaa, jasne:
Pierwsze 10 minut po płaskim nawet udało się zostać w tempo 1, ale jak zaczęły się wzniesienia, to nie było zmiłuj, żeby się utrzymać to też musiałem jechać głęboko w tempo 2. A jak już tam wylądowałem, to też sobie zrobiłem tempówkę, przy okazji działając jako motywacja na zjazdach do utrzymania tętna .
Dzisiaj tętno kręciło się przyjemniej i na dojeździe samo wskakiwało w tlen. Widać kawka przed jazdą czyni cuda . A serio, to widać wczorajsze przemęczenie się dało efekt i udało się wejść w rytm treningowy po wymuszonej przerwie.
Zebranie się spod (skądinąd lekkiej) kołdry było wyjątkowo ciężkie. Popołudniu jednak ma padać, więc lepiej się przejechać póki jest sucho.
Już po kilku minutach jazdy, okazuje się, że zebranie się to było nic w porównaniu z próbami utrzymania tętna w (niewysokiej wszak) strefie tlen. Umęczyłem się, jakbym jechał tempówkę, a średnia wyszła jak z jazdy rege. O co chodzi? Formo, gdzie jesteś?
Cały dzień sucho – fajnie. Spokojny poranek, gdy do pokoju nie zagląda mi słońce i można podziałać wygodnie przy komputerze, obiad. Po obiedzie w prognozie nagle pojawił się jakiś opad popołudniu. No nic, zobaczymy co będzie, w niedzielę też miał być… Już mam się zbierać, ale niebo zasnute zasłoną szarych chmur. To ja chwilę zaczekam. I lunęło. Skończyło późno. Chwila wahania – jechać, nie jechać. Jest chłodno, mokro i za chwilę będzie ciemno. To ja za taki interes serdecznie dziękuje. Zrobiłem tylko drobną gimnastykę (jak to jest, że znów wypadła przerwa?!, a miała być co tydzień) i wróciłem do innych zajęć.
Najpierw ból gardła, potem katar, teraz jakieś pokasływanie. Mocniejsze treningi wyleciały z listy, ale też nie ma co siedzieć z założonymi rękami. Ponoć w Krakowie mamy kiepskie powietrze, więc wybrałem się przewietrzyć i wykurzyć te paskudne zarazki. Nawet nieźle się jechało, choć średnią nie ma co się chwalić…
Upały z dnia na dzień (w Karpaczu mieliśmy rześkie 17°C), zmęczenie po zawodach i mocny nadmuch z klimy niestety rozłożyły gardło na łopatki. Niby lepiej teraz niż za tydzień czy dwa, ale szkoda, bo treningi szlifujące formę przed etapówką przepadają…
Tak wyszło, że większość dnia miałem zajęte, a popołudniu zaczęło się zbierać na burze. Niezbyt chciało mi się moknąć, więc odpuściłem rozjazd, choć suma summarum tylko postraszyło.
Podobnie jak rok temu trasa maratonu w Karpaczu zapowiadana była jako bardzo wymagająca. I taka też była. Jakiej innej można by oczekiwać, jeśli układający trasę jeździ na fullu 140/140, podczas gdy większość uczestników dysponuje rowerami hardtail 100/0. W związku z powyższym, nie wszystkie nowe odcinki spotkały się z sympatią. Dla mnie też część odcinków była nieco przekombinowana, ale póki jest urozmaicenie pomiędzy poszczególnymi edycjami, to myślę że dla takiej jednej też jest miejsce.
W tym roku wyjątkowo późno wypadł przedstartowy test pod zoo. A to tydzień wyścigowy rozjechał mi się z tygodniem rege i jechałem z marszu, a to nie zdążyłem przygotować startówki z wyprzedzeniem, a to…
Tym razem wszystko zagrało i była okazja się sprawdzić/zabawić. Nie ukrywam, że bardzo chciałem złamać 6min, do których jednak w zeszłym roku dość sporo brakowało (6:17). Wcześniej w tym roku pod zoo podjeżdżałem tylko przy okazji jakiś treningów i nie ukrywam, że rezultaty w ich trakcie jakieś powalające to nie były; miałem obawy czy się uda złamać ten czas.
Pierwszy podjazd na rozgrzewkę spokojnie (max 84%, ale starałem się koło 82% jechać) - wyszło 8:05. Taki czas to dobry prognostyk przy tej intensywności.
Drugi podjazd już na maksa (HRmax 190, HRavg 180), początek mam wrażenie że się wlokę, w środku staram się utrzymać mocne tempo, w końcówce widzę, że jest opcja na spełnienie założenia - złamanie 6min, a "na kresce" pełnia radości i wręcz lekki szok - udało się wykręcić 5:47 ! Czas nie widziany od 2010 roku. Jest dobrze . Dobre podjeżdżanie może się przydać w Karpaczu, bo na mega ma być ponad 1800m w pionie. Ale z takim rezultatem nastrój przed maratonem zdecydowanie się poprawił .
Z rana wybrałem się w rejon zawodów Tour de UEK. Sprawdziłem wąski odcinek pod kątem kompatybilności z szeroką kierownicą, ale start w tym roku sobie odpuściłem. Trochę nie chciałem ryzykować przed maratonem za tydzień i zbliżającą się wielkimi krokami etapówką, ale też bardzo źle bym się czuł na trasie z niedziałającą manetką blokady. A jak wiadomo – to głowa jedzie.
Potem miał być tlen, a wyszło… strasznie słabo. Jak tylko chciałem podkręcić tętno, to zaraz pojawiały się odczucia jazdy w strefie tempo. Nie wiem więc, czy miałem tak ścięte tętno po wczoraj, czy dopadło mnie lenistwo i się opieprzałem?!