Terenowy rozjazd w lekkim tlenie z Karoliną i sprawdzenie rowerów przed maratonem.
Wczoraj niestety skończyło się na regeneracji pasywnej, nie dało się inaczej.
Podjeżdżało się w sumie lepiej niż się spodziewałem. Wczorajsze przyspieszenia czułem w mięśniach, tętno też było lekko ospałe, ale w wykonaniu treningu to nie przeszkodziło. Udało się zrealizować w miarę ambitny plan 4x8"+2x6".
Przed maratonem w weekend muszę też jeszcze podziałać coś z tylną przerzutką, bo tak jak teraz działa, to nie może być. Leni się w obie strony i jeszcze nie wrzuca skrajnych .
Podobnie jak w zeszłym tygodniu trening na rozruszanie nóg i serca czyli przyspieszenia. Dziś o 10sek. dłuższe. Wahanie między dwoma i trzema seriami pomógł rozstrzygnąć przypadek .
Zaraz na początku drugiej serii zerwałem łańcuch (raczej mój błąd – zmiana pod obciążeniem). Miałem ze sobą spinkę, więc problem byłby łatwy do rozwiązania… gdyby nie ilość syfu na łańcuchu którą wyhodowałem . Dopadła mnie karma za niedbanie o napęd, trzeba będzie umyć owijkę .
Następnej spinki nie miałem, więc lekko spięty zrestartowałem drugą serię i na niej też skończyłem trening. W nogi i tak weszło.
Pogoda o jakiej marzyłem całą zimę . Słońce, ciepło, zero prognoz burz czy deszczy. W mediach ostrzegają przed wychodzeniem z domu. Adekwatnie do warunków, celem dzisiejszego wyjazdu została więc góra Żar 761m n.p.m.. Atakujemy z Andrychowa, bo z Krakowa, jak sprawdziłem w 2010 roku da się, ale to jednak spore przegięcie.
Niestety nie jest to z Karoliną nasz dzień i kręci się wyraźnie słabo. Sytuacji nie poprawia też ciepła cola w pierwszym sklepie – jednak zimna wchodzi zdecydowanie lepiej. Mimo wszystko niezłym wycieczkowym tempem udaje się objechać całą zaplanowaną trasę, zdobywając po drodze przełęcz Kocierską, tytułową górę Żar oraz przełęcz Targanicką (ostatnie 400m 13% daje dobrze popalić). Przebieg trasy.
Standardowa trasa po pagórkach, tym razem sam (na początku czerwca udało się z RB). Cisnąłem tak jak ostatnio ile mogłem (podjazdy bardzo mocno i twardo; w zasadzie na maksa, pomiędzy też dość żwawo ~83%HRmax) i nawet wyszło całkiem fajnie, łączny czas z 6-ciu mierzonych podjazdów z dokładnością do 8‰ taki sam jak 2 mies. temu.
Udało się też nie użyć lżejszego przełożenia niż blat-2 (53x23), co na tej trasie nigdy dla mnie łatwe nie było.
Nosiło mnie dziś na jakąś dalszą trasę, nie da się ukryć, że intensywnie myślałem o przełęczy Kocierskiej. Nie chciałem się jednak zajechać po ostatnich dość intensywnych tygodniach, więc niezbyt widziałem jazdę tam grupą, a samemu to jednak troszkę smętnie (i mniej wygodnie przy sklepach ). Ostatecznie pokombinowałem, żeby dojechać w okolice Wadowic, choć trasami które znałem mało lub wcale.
W pierwszą stronę bardziej typowo – przez Tyniec, Przytkowice, Stanisław D./G., Wysoką i Kleczę. Tutaj przecięcie głównej drogi i tereny rzadko przeze mnie odwiedzane: Łękawica, Stryszów, Zakrzów i podjazd do Lanckorony z Leśnicy (3km 5%). Następnie do głównej drogi i przez Zakrzyce Wlk. i Wolę Radziszowską z powrotem do Tyńca i Krakowa. Link do aktywności na GC.
PS Tytuł zaczerpnięty z propozycji Stravy na lipiec, aby poza nabijaniem km poszukać też jakiś nowych ścieżek w bliższej lub dalszej okolicy .
Po wczorajszym dołku miałem obawy, czy dziś uda się normalniej pojeździć. Początkowo w planie było IC, ale w sumie odrzuciliśmy ten pomysł i wybraliśmy się z Karoliną na południe. Trasa do Dobczyc w połowie po dobrze znanych drogach, a w połowie wariantem, którym chyba jeszcze nigdy nie jechałem w tą stronę. Dalej bardzo malownicza i nie mniej wymagająca droga wokół Jeziora Dobczyckiego. W Myśleniach mamy jeszcze całkiem przyzwoity czas, więc atakujemy bezimienną przełęcz (440m n.p.m.) na drodze do Sułkowic. Stamtąd już po mniej wymagających terenach zostało dojechać przez Radziszów i Tyniec do domu.
Czułem się jak mega pączek, byle wzniesienie niema zatrzymywało mnie w miejscu. Jechało się bardzo ciężko, ani nogi ani serducho nie rwały się do pracy. Z pewnością to efekt 18h startowych w przeciągu niespełna dwóch tygodni, pytanie kiedy puści .