Trochę dziś nogi bolały, to chyba jeszcze po poniedziałkowych przysiadach . Deszcz padający podczas powrotu z pracy skutecznie zniechęcił mnie do jazdy na polu.
Tak naprawdę, to nie mała góra a większe wzgórze, czyli podjazd w Czułowie. No nie powiem – trochę się dłużył, w nogach też dał się poczuć mimo spokojnej jazdy. A dalej powrót do Krakowa przez Czernichów. Zmęczyłem się konkretnie – w końcówce już marzyłem, aby znaleźć się w domu. Na taką długość treningów ewidentnie brakuje wytrzymałości, ale skąd ma być, jak znów nie jeździłem poza weekendami?
Przy okazji wszystkim odwiedzającym życzę spełniania marzeń i realizacji celów, sportowych, rodzinnych i wszelkich innych w tym nowym roku .
W mieście tylko mokro, w Liszkach podobnie. Ale wystarczyło zahaczyć o Brzoskwinię, aby droga była obramowana brudnym śniegiem, pola wokół były białe, a z nieba zamiast mżawki padały wielkie płatki śniegu. Trasa.
Ciężko się jakoś było oderwać od świątecznych łakoci, zwłaszcza widząc taką szarugę za oknem. Za to temperatura jak na grudzień bardzo przyjemna do jazdy, więc jak już się zebrałem i – z racji na godzinę – miałem niezbyt odległy cel, to tu i ówdzie podokładałem jeszcze pętelki, stąd „XL”.
Ostatnie dwa dni niestety wypadły w związku ze świąteczną „gimnastyką ogólnorozwojową” typu mycie okien, podłóg, a także inne sprawy do załatwienia.
4°C przy braku opadów i mgieł okazały się bardzo przyjemne do jazdy. Nie wiem tylko dlaczego w ekspresowym tempie głodniałem i słabłem. W sumie pętelkę trochę skróciłem i przez tor wróciłem do domu. Track trasy.
Przebłyskujące zza chmur słońce zdecydowanie zachęcało do pokręcenia na zewnątrz. Przez okno wydawało się, że trochę wieje, ale nawet nie odczuwało się tego specjalnie.
Trasa nic specjalnego, pętla po okolicy przez Aleksandrowice, Morawicę, Liszki i na tor.
Tak jak pisał furman za Krakowem to miejscami powietrze jeszcze gorsze niż w mieście. Z kominów nie raz taki czarny i śmierdzący dym leci, że naprawdę aż dziw bierze, że sąsiedzi nie mają nic przeciwko .
No to mnie przetrzymało choróbsko. To nie dziura w treningach, a wyrwa. Jeszcze troszkę pokasłuję, ale samopoczucie już dobre. Na zewnątrz dziś strasznie ponuro było, a jeszcze słyszałem doniesienia o silnym wietrze. W związku ze wszystkim powyższym zdecydowałem się na rozpoczęcie sezonu trenażerowego. Sprzęt przygotowany był jeszcze przed przeziębieniem, nawet na tą okazję zamontowałem w końcu sensor kadencji do szosówki, więc mam teraz dodatkowy parametr .
Sama jazda, to jak na tę porę roku przystało – tlenik.
Zanieczyszczenie powietrza nad Krakowem pyłami (PM10, PM2,5) znacznie zmalało. Nie wątpliwie spora w tym zasługa powrotu opadów oraz kilku dni z mocniejszym wiatrem. Ten ostatni niestety przewiał nie tylko pyły ale też i mnie . Lekko uchylone okno na noc, ale przy tym wietrze wystarczyło, bym teraz walczył o być albo nie być (zdrowym) i czuł się jakby mi utknął jeż w gardle. W tej sytuacji ostatnie dwa dni odpuściłem, a na weekend też to za dobrze nie prognozuje .
Jazdy dalej w kratkę. Znów dłuższa przerwa, a jeszcze wczoraj sprawy na mieście zajęły dłużej niż miały. Potem pojawiła się paskudna mgła. A w sumie i tak z rowerem robiłem. Za to dziś mogłem wygodnie śmigać zimówką z amortyzatorem. Nawet aż za wygodnie, bo zapomniałem go napompować po rocznym leżakowaniu .
Pojechałem sprawdzić plotki o nowej górze. Może nie jest jakaś olbrzymia, ale podjeżdżać jest co i faktycznie jakby stromiej niż gdy byłem tam latem . A tak serio, to wybraliśmy się z Magdą za Krzeszowice w okolice miejscowości o takiej nazwie. Złośliwie jednak w tamtym rejonie mniej lub bardziej padał deszcz, a drogi były mokre. Bliżej Krakowa było suszej, również w lesie.
Dane z wyjazdu (poza dystansem) bardzo poglądowe, bo już po 40min Garmin powiedział „do widzenia”, choć wydawało mi się, że go naładowałem, a nawet jak nie, to na stanie baterii który twierdził że ma, powinien ze 2h pociągnąć. A jeszcze po drodze Łukasza 'lukcia' spotkaliśmy i spokojną jazdę szlag trafił . I trzeba było się spieszyć, by zdążyć przed nocą jak się nie myślało o wzięciu lampek .
Ponad miesiąc ani śladu deszczu, ale jak się wczoraj wybraliśmy na przejażdżkę w zielonym gronie to pogoda postanowiła nam umilić wyjazd mżawką . Mimo to, jednak w kupie raźniej i wyjazd minął w dobrych nastrojach .
Przy okazji dowiedzieliśmy się, po co przy drodze Tyniec–Skawina wybudowano takie głębokie rowy. Otóż to pułapka na kangury! Mijaliśmy dziś jednego który wpadł, całkiem dorodny, na oko dosyć młody i srebrny Renault Kangoo I ph II .