Po weekendzie aktywna regeneracja na basenie. W związku z częstością wpisów zaczynam się martwić, że ktoś sobie jeszcze gotów pomyśleć, że ja pływać umiem, podczas gdy w zakresie moich możliwości jest przemieszczanie się w wodzie do przodu .
Dziś też 1km.
Pomysł wybrania się do podnóży zamku Lipowiec chodził za mną już od paru dni. I mógłby tak sobie chodzić do wiosny, bo na warunki zimowe jest to daleka trasa. Szczęśliwie dziś jednak pojawiło się okienko pogodowe. Koniec listopada, a poranek przywitał 5°C, które do godziny wyjazdu chwilę po 11:00 urosły do 8°C.
Po ogłoszeniu na forum rowerowania na błoniach pojawiła się całkiem liczna, w sumie 6 osobowa grupa. Leniwym tempem udaliśmy się na zachód wpierw bocznymi drogami do Czułówka a dalej główną drogą za Babice do Wygiełzłowa. Tam odbiliśmy na podjazd w stronę Chrzanowa i mijając go po lewej zawróciliśmy w kierunku zamku w Rudnie i Krakowa.
Choć wyjazd nie był szybki, to jednak długi (track trasy). Cieszy mnie, że w dość niezłej formie dotrwałem do końca – w końcu jeszcze nie dawno potrafiło mnie odciąć po 2h jazdy na chłodzie! Mniej mnie cieszy natomiast wizja nadchodzących zimowych miesięcy .
Pogoda wciąż na tyle znośna, że do tej pory wszystkie weekendy mijały na rowerze. Ale już głęboka jesień – najwyższa pora na jakiś marszobieg po lasku.
Niestety nadal nie mogę wejść w symbiozę z bieganiem. Poprzednie buty odparzały mi wysklepienie stopy, gdzie skóra jest cienka, a odczucie było jakby ktoś przypalał. A w obecnych nie wiem, czy mniej starannie biegłem, czy gorzej amortyzują, ale mimo krótkiego czasu odbiłem sobie trochę „poduszki” palców.
Ale i tak najdziwniejsze ze wszystkiego jest pobolewanie okolic lewego łokcia . No cóż – biegacz to chyba ze mnie nie będzie.
Po krótkiej przerwie ponownie wizyta na basenie. Na zewnątrz koszmarnie gęsta mgła, więc wzięcie rzeczy na basen to zdecydowanie był strzał w dziesiątkę .
Udało się zgadać na wyjazd z Marcinem. Efektem tego trasa minęła znacznie szybciej jadąc za nim na kole . A pojechaliśmy do Łączan przez Piekary i Czernichów, wracaliśmy opłotkami w pobliżu wału i przez Tyniec.
Dość pracowity weekend wyszedł, ale tak to jest, jak wyrzuty sumienia po niesportowym tygodniu dopadną .
Tlenik do Krzeszowic przez Mników, dolinę Sanki i Tenczynek. Rano zbierałem się jak sójka za morze, więc potem zaczął mnie gonić czas i trzeba było wrócić główną. Mimo oporów przed wyjściem, już na rowerze nie było nawet źle – dzięki (lekko) dodatniej temperaturze i delikatnemu wiatrowi.
Paskudnie na polu – nie dość że duże stężenie pyłów (ponoć aż do granicy z Czechami ciągnie się pas smogu) to jeszcze mgła. Mimo wszystko poszedłem potruchtać. Długo łamałem się czy robić 2 czy 3 kółka. Ostatecznie wybrałem tą drugą opcję, choć sam innym odradzałem nieszarżowanie z bieganiem, bo stawy, ścięgna i mięśnie nie przyzwyczajone, mimo że wydolnościowo z reguły jest ok z roweru. I jednak trochę żałuję wyboru…
Zbierałem się dziś na rower jak przysłowiowa sójka za morze, zwłaszcza że zaabsorbowało mnie rozwiązywanie pewnego problemu. Jeszcze aura za oknem też nie zachęcała – znów nad Krakowem zaległ smog. Ostatecznie sprawdziłem tylko osobiście pogłoski o zakończonym remoncie bulwaru, a zatem i ścieżki do Tyńca.
Po okolicznych polach zahaczając o dolinkę Brzoskwini. Chyba zmęczony po wczoraj byłem, bo tętno – zwłaszcza początkowo – z trudem utrzymywało się w strefie tlenowej, chętnie spadając do aktywnej regeneracji (o innych objawach jak lekkie zakwasy nie wspominając). Ciekawe co by w takiej sytuacji pokazał pomiar mocy? Pozostało pojechać na odczucia.
Z okazji Święta Niepodległości coś trochę mniej typowego – marsz po górach. Podjechaliśmy z Magdą niemal na początek szlaku na Stare Wierchy. Na odcinku do tego szczytu nabieramy też najwięcej wysokości na stromych podejściach. Dalej – aż do Turbacza to gorczańska autostrada – sporo ludzi i stosunkowo łatwy teren. Jedyne urozmaicenie to przejście przez szczyt Turbacza (na którym byłem po raz pierwszy), a potem już schronisko (przy którym byłem piąty raz, ale pierwszy nie-rowerem).
Ze względu na późną godzinę wyjścia na szlak nie ma czasu na szukanie alternatyw i wracać musimy po własnych śladach. Zachód słońca zastaje nas niedużo przed schroniskiem na Starych Wierchach. Dalsze zejście odbywa się w zapadającym mroku, a końcówka już całkiem po ciemku. Do auta docieramy trochę zmarznięci (temperatura spadła do -2°C), ale zadowoleni – to był z pewnością dobrze wykorzystany dzień .
Na zdjęciu po prawej ciekawe "lodomchy" – wyrosły na brzegach dróg, jak się je trąci to zaraz spadają, a wyglądają zupełnie jak roślinki .
PS Aktywność „bieg” to trochę na wyrost większość trasy to żwawy marsz.