Wizja 3h na trenażerze nadal była przerażająca, więc w południe, gdy „upał nieco zelżał” (czyt. było -7°C, a nie -15°C jak rano) wybrałem się z Ilą na lekki trucht po lasku. Pod wieczór dokręciłem brakujący czas na rolce, ale tu już nie da się ukryć, że tętno utrzymanie tętna w strefie tlenowej nie szło zbyt łatwo . Być może przyczyną jest to, że tydzień ten udało mi się zamknąć 11h aktywności fizycznej, co jest najlepszym wynikiem od sierpnia!
Mróz konkretny chwycił, ale wizja weekendu na trenażerze była jeszcze bardziej odpychająca i przemogłem się żeby wyjść pokręcić. W pierwszą stronę, na tor, jechało się bardzo przyjemnie, ale po prędkości średniej od razu widać było, że jest z wiatrem.
Okrążenie miasta kawałek od zachodu było już mniej przyjemne, a naprawdę niemiło zrobiło się, gdy trzeba było wracać pod wiatr. Problemem – jak to zwykle zimą – były zamarzające dłonie i stopy . Na szczęście po przyjściu do domu dość sprawnie odtajałem.
W trakcie kręcenia 10x przyspieszenia (kadencji) i tyleż samo izolowanie nogi.
Kręcenie jedną nogą szło słabo – najdłużej udało się raz po 1min., a tak to przeważnie koło 40sek.
Zwiększanie kadencji zrobiłem sobie w dwóch wariantach.
Pierwszy, to na jak największą średnią z 30sek. (i tu najwięcej udało się uzyskać 173, 169, 167, 167, 164).
Natomiast w drugim wariancie pierwsze 15–20sek. to bardziej rozgrzewka, a potem rozkręcenie na maksa – tutaj pierwsze miłe zaskoczenie Garminem Edge 500 po masie zaskoczeń niemiłych: Polar rejestrował max kadencję poniżej 200, OIDP najwięcej pokazał mi 197, a potem mimo, że odczuwałem, że przyspieszam, to pokazywał mniej, więc ewidentnie gubił impulsy, na Garminie mogłem sprawdzić swojego faktycznego maksa .
Udało się uzyskać 214 i dwa razy po 211.
Ostatnie 30min. to już luźne kręcenie, na troszkę większej niż zwykle kadencji, bo nie ukrywam, że trochę mnie te ćwiczenia zmęczyły i nie chciałem przegiąć. Dane z treningu (z „lap'ami” przyspieszeń).
Korzystając z lekkiego ocieplenia (jak wyjeżdżałem, to były 3°C) kapkę ambitniejsza trasa, czyli przez Czułów a nie całkiem po płaskim. Trochę dziwne, bo podjazd poszedł mi wolniej niż 3 tygodnie temu, ale może wiatr był inny. I jeszcze tętno dziś wyjątkowo skoczne było – chyba nie służą mu takie długie przerwy .
Myślałem, że to pierwszy długi trening w tym roku, a tu niespodzianka miła, bo drugi. Z racji że o pierwszym trochę sobie zapomniałem, to mimo niesprzyjającej pogody wybrałem się kawałek dalej, ale z możliwościami skrócenia „jakby co”.
Najbardziej wiatr dokuczał. Śnieg sypiący trochę też, ale na szczęście był drobny i raczej suchy (spadał z ciuchów) mimo temperatury koło 0°C.
Po 2h trochę znużenie dopadło, ale o dziwo przeszło i chwyciło ponownie dopiero po powrocie do domu. Trasa
PS Przewyższenie i kalorie z algorytmów Polarowych, bo te dane z Garmina to jakaś abstrakcja.
Zimowy mix, choć nie śnieg z deszczem jak na weather.com, a trucht z trenażerem. Trzeba było dziś zrealizować kilka narzuconych „punktów programu” i przynajmniej tyle udało się poruszać.
PS Dane z biegu orientacyjne, bo znów mi Garmin padł z głodu. Niestety poniżej 20% naładowania mocno przekłamuje stan baterii (przynajmniej na chłodzie – poniżej 5°C) gdyż z 20% spada na 4%, które realnie i tak oznaczają niecały 1%, czyli jakieś 10min. pracy.
Niby tylko katar (lekarka nic więcej się nie doszukała), a na dwa dni położył mnie do łóżka, a po kolejnym dniu wciąż czuję się jak ogłuszony młotem. Ponoć już człowiek na Księżycu był, a sposobu na rozprawieniem się z katarem raz dwa jak nie było tak nie ma .
Jak w temacie, razem z siostrą objechaliśmy pętlę przez Aleksandrowice, Kryspinów i Piekary. Trochę wiało w pierwszą stronę, ale za to potem nieźle pchało.
Pogoda w zasadzie cały dzień deszczowa, więc nie było innego wyboru jak znów odpalić trenażer.
Zapomniałem przy ostatnim wpisie dodać, że oglądałem świetnie zmontowane ujęcia z maratonu Sellarodna Hero cz.1. i część 2., na które moją uwagę zwrócił RB, bo jakoś umknął mi wpis z nimi na mtbnews.pl.