Było trochę wewnętrznej walki iść-czy-nie-iść, ale w końcu zebrałem się w sobie .
Jak na pierwsze wyjście po długiej przerwie nawet całkiem dobrze było, choć oczywiście tempo biegu bardzo mizerne – na kolejnych kilometrach było to: 6:34, 6:22, 6:15, 6:08, 6:22, 6:37, 4:53 (średnia z całości 6:03).
Z rana temperatura 2°C raczej odstraszała od wyjścia na rower. Gdy w końcu udało się zebrać, to okazało się że na szczęście nie jest to jeszcze taki typowy zimowy mróz, co po części było też zasługą operującego od rana słońca.
Robert wjeżdżał się w przełajówkę, więc korzystając z różnych terenowych odcinków powplatanych gdzie się dało dojechaliśmy do Skały Kmity. Dalej już klasycznie – odcinek przez Las Zabierzowski i zjazd polami do Brzoskwini. Po przejechaniu przez dolinkę Brzoskwini szutrami do Morawicy. Na koniec już asfaltem do Liszek i na tor kajakowy. Stąd nie miła niespodzianka, bo trzeba walczyć z zimnym wiatrem wiejącym w twarz, a mnie jeszcze zaczęło odcinać paliwo. Jakoś się doczłapałem za Robertem prawie pod dom. Track trasy.
Zimno jednak wyraźnie wysysa siły i bez odpowiedniego zaplecza treningów trzeba uważać jaką trasę się planuje.
Zrobiło się chłodno i wilgotno, ale po niesportowej sobocie głód roweru był spory. Jakoś nie byłem nastrojony do marznięcia na szosie więc skończyło się na babraniu w błocie . Razem z siostrą i Krzyśkiem machnęliśmy trasę przez 5 dolinek: Prądnika, Sąspowską, Szklarki, Będkowską i Kobylańską. Jesień już uderzyła z całym impetem i drzewa mienią się żółciami i czerwieniami. Ślad trasy.
Woda to zdecydowanie nie mój żywioł… 100m przepłynę i sapię jak parowóz. Ale to pewnie kwestia stylu, a dokładniej jego braku . Ciekawe, czy po takim rekreacyjnym pluskaniu się, mimo wszystko poczuję coś jutro ręce.
Ogólnie czułem się lepiej niż się spodziewałem, bo po wczorajszej wyciecze wróciłem ledwie żywy (zaraz po powrocie nawet 1h się zdrzemnąłem ). Ale jak wsiadłem na rower, to nie było złudzeń – sił do kręcenia nie było. Dodatkowo ekspresowo zużywałem zapasy jedzenia i picia – dawno tyle nie wtranżoliłem w tak krótkim czasie .
Nie szalałem więc z długością trasy a wszelkich podjazdów unikałem jak ognia .
Parę dni przed weekendem na forum rowerowania pojawiła się propozycja wycieczki w góry. Po uzyskaniu informacji, że tempo będzie spokojne postanowiłem się dołączyć i tym sposobem w sobotę o 10:15 ruszyliśmy spod smoka w 4-osobowym składzie (z furmanem, spinozą i Bartkiem).
Do Myślenic nie kombinowaliśmy, potem objechaliśmy góry docierając pod Wiśniową. Stąd (ok. 300m n.p.m.) mijamy jakieś wzniesienie koło Kobielnika, a następnie trafiamy na tablicę informującą, że do szczytu mamy 6km i 500m w pionie. Zatem zostało pokonać kluczowy podjazd dzisiejszego dnia na Lubomir 904m n.p.m. Poza krótkim odcinkiem pod szczytem, gdzie szuter był już zbyt luźny do jazdy udało się go podjechać, choć w pewnym momencie tętno poszybowało w górę aż do zagotowania na 194.
Zjazd na Kudłacze to sama przyjemność (wg tabliczki PTTKu 1h15min, byliśmy tam po 10min). Z Kudłaczy w dół trochę więcej kamieni i kapkę gimnastyki, chwilami lekko do góry i lądujemy na Chełmie nad Myślenicami.
Furman zaproponował, aby zjechać trasą DH, bo ponoć nie jest ekstremalna – za sukces muszę uznać, że udało się zjechać bez podpórki, ale adrenalina miejscami była . Był to zjazd na granicy moich aktualnych możliwości, ale bardzo fajnie było się z nim zmierzyć i dzięki dla furmana za wyciągnięcie nas tam .
Był to prawdopodobnie ostatni ciepły weekend, ale spożytkowany bardzo pozytywnie .
Trasa i szczegóły na Garmin Connect (czas i średnia z postojami; końcówkę zjadło bo bateria padła; po włączeniu okrążeń numerek 3 wskazuje początek podjazdu – tablicę, a 4 szczyt Lubomira, wysokości nie są idealnie poprawne).
Po udanej obronie był plan strzelić setkę, ale trochę brakło dnia, trochę sił na szybszą jazdę, a czarę goryczy przelała rozładowana tylna lampka i gasnąca na każdym wyboju przednia . Trasa i szczegóły (na Garmin Connect).
…no prawie . Tak serio to pojechałem komin, Skawina, Tyniec, tor.
Dawno tak zmęczony nie wróciłem – ledwo się do domu doczłapałem. Od rana mnie energia wręcz roznosiła, ale jakoś na rowerze raz dwa znikła . Takie chorowanie i antybiotyk straszne spustoszenie robią.