Owszem, miał być tydzień wypoczynku i regeneracji, ale nie wiedzieć kiedy zamienił się w tydzień lenistwa i obżarstwa. To drugie to wiadomo – wczoraj był tłusty czwartek.
Ale po kolei. We wtorek spośród lekkiego kręcenia lub gimnastyki zrobiłem tylko połowę tej drugiej. Udało się ją dokończyć w środę przed sauną.
A wczoraj niespodziewanie nastąpiła awaria centralnego systemu motywacyjnego. Z zaplanowanej na dziś laby w związku z tym nici i trzeba było coś pokręcić. Padło na izolowanie nogi realizowane w pakietach 5, 6, 5 minut ze zmianą nogi co 30sek i przerwach pomiędzy, oraz rozgrzewką i schłodzeniem po 15min.
„powoli/ jak żółw/ ociężale” ten fragment z J.Tuwima najlepiej oddaje to jak mi się dzisiaj biegało. Mróz taki sam jak tydzień temu, też słonecznie, nawet trochę bardziej. Może pyłów w powietrzu więcej…?!
Na trenażer zbierałem się tak długo jak mogłem, jeszcze chwycił mnie ból głowy. Za oknem powietrze można by nożem kroić – nie wiadomo czy lepiej wietrzyć czy nie wietrzyć . Udało się machnąć trening i zakończyć tydzień zgodnie z planem – zrealizowane pełne 12h, choć by nie przekręcić się na trenażerze z nudów na lewą stronę, to był tak basen, jak i sauna, gimnastyka, a dziś truchtanie.
Rolka. Tlenik. Nie ma co pisać. No może tyle, że gładko weszła. Ciekawe jak tyle kręcenia pod dachem przełoży się na jazdę na polu gdy wreszcie się ociepli.
Choć niezbyt prędko, to całkiem fajnie mi się dziś pływało i w 59min. udało się 1250m pokonać. Około 10% kraulem, 20% na grzebiecie, ale większość, to zwyczajne żabkowanie – taka aktywna regeneracja.
Bo co to za urozmaicenie jak wciąż trenażer . Pierwsza godzina to 6×zwiększanie kadencji 30sek. i tyleż samo izolowanie nogi po 30-60sek. Druga to zwykła jazda wytrzymałościowa na niskiej intensywności.
To jest wręcz nieprawdopodobne. Trzeci raz zdarzyło mi się robić 2,5h trening na trenażerze i po raz trzeci jest to 7. lutego! (wcześniejsze dwa były w 2010 i 2007 roku). Przy czym zupełnie tego nie planowałem – tak mi wypadło z planu, a w ogóle to choć pamiętałem te dwa wcześniejsze razy były przy tej samej dacie, to byłem przekonany, że to było w styczniu. Nie miałem nawet czasu tego sprawdzić chcąc pokręcić przed nocą i dopiero po zejściu z trenażera przeglądając historię prawie że padłem (ze śmiechu) że to znów ten sam dzień roku.
Wizja 3-ech godzin na trenażerze była równie odpychająca jak zawsze (mój rekord, uzyskany dwukrotnie, to 2,5h). Spojrzałem jednak na termometr i – kto by pomyślał – ucieszyłem się, że jest -8°C (chyba trzeba to nazwać ociepleniem?!). Na rower na polu co prawda wciąż było to za zimno, ale wystarczyło, aby można było pójść pobiegać (czy też truchtać).
Pierwszy od tygodnia sport na świeżym powietrzu (o ile krakowskie w ogóle takie bywa) był tak miłą odmianą, że nawet dołożyłem sobie jeszcze drugie kółko wokół błoń, choć planowałem tylko jedno (i dobiegnięcie z/na błonia). Pierwsze okrążenie zajęło mi 23:18 (6:32min/km), a drugie 24:21 (6:52min/km).
Na rozgrzewkę poszły zaległe przysiady z początku tygodnia – całkiem dobrze dziś weszły. Następnie zgodnie z planem kręcenie regeneracyjny, aby mieć siły na weekend i przy okazji rozjeździć wcześniejsze ćwiczenie.
Aby nie było całkiem nudno, to w okolicach połowy postanowiłem sprawdzić jak długo dam radę wytrzymać z kadencją 120+ (czyli 120 lub więcej). Okazało się, że nie za długo, bo choć tętno mieściło się w zakresie tlenowym, to mięśnie zaczęły piec jak podczas znacznie intensywniejszych ćwiczeń, więc po 8min. powiedziałem pas.
A na deser jeszcze brzuszki poszły, tak że łącznie wszystkiego trochę ponad 1,5h wypadło. Wykresiki.
Nie dość, że zostaje tylko „zwijanie dywanu w domu”, to jeszcze popołudniu pękła przy ulicy rura wodociągowa. Zapowiedzi nie brzmiały najlepiej – „brak wody do późnych godzin nocnych”. W tej sytuacji wolałem nie ryzykować trenażera, bo wiadomo w jakim jest się stanie po nim.
Szczęśliwie dzielni panowie (i koparka) dali radę naprawić sprawnie tą usterkę – naprawdę podziwiam, przy -16°C po chwili na polu ma się dość. Dzięki temu przed nocą udało się choć na chwilę wskoczyć pokręcić (dłużej nie wypadało już, bo jeszcze potem kiedyś sąsiedzi z niższego piętra ze strzelbą zapukają ).
W związku z powyższym, to tylko takie kręcenie na luzie – tlenik przepleciony izolowaniem nogi, jakieś 4 razy po minutce i z 2–3 po 30-45sek.
A po trenażerze jeszcze wzięło mnie na pompki, których nie chciało mi się robić zwyczajowo w pon./wt. Udało się w końcu, w 4 seriach do oporu, przekroczyć łącznie 50 sztuk .
Ledwo jeden tydzień uczciwie przepracowany, a już na początku następnego luka. Inna sprawa, że z rana przez pół godziny nie słyszałem dzwoniącego budzika, więc nie da się ukryć, że jestem bardziej zmęczony niż sądziłem (choć dziwne, że tak od razu po jednym tygodniem ruchu?! )
Coś nie leżą mi treningi w poniedziałki, a niestety niezbyt jest jak wykorzystać je na aktywną regenerację, gdyż na saunę gdzie chodzimy nie ma w tym dniu tygodnia miejsca. Teraz wieczorem pisząc ten wpis pomyślałem, że można by rozważyć basen… może za tydzień?
Był dziś jednak jeden treningowy akcent – kupiłem sobie na powrót gainera, bo skończył mi się jakiś czas temu, a wydaje się, że jednak preparat taki poprawia regenerację. Zmieniłem producenta, więc ciekaw jestem jak się będzie sprawdzał.