Ledwo jeden tydzień uczciwie przepracowany, a już na początku następnego luka. Inna sprawa, że z rana przez pół godziny nie słyszałem dzwoniącego budzika, więc nie da się ukryć, że jestem bardziej zmęczony niż sądziłem (choć dziwne, że tak od razu po jednym tygodniem ruchu?! )
Coś nie leżą mi treningi w poniedziałki, a niestety niezbyt jest jak wykorzystać je na aktywną regenerację, gdyż na saunę gdzie chodzimy nie ma w tym dniu tygodnia miejsca. Teraz wieczorem pisząc ten wpis pomyślałem, że można by rozważyć basen… może za tydzień?
Był dziś jednak jeden treningowy akcent – kupiłem sobie na powrót gainera, bo skończył mi się jakiś czas temu, a wydaje się, że jednak preparat taki poprawia regenerację. Zmieniłem producenta, więc ciekaw jestem jak się będzie sprawdzał.
Wizja 3h na trenażerze nadal była przerażająca, więc w południe, gdy „upał nieco zelżał” (czyt. było -7°C, a nie -15°C jak rano) wybrałem się z Ilą na lekki trucht po lasku. Pod wieczór dokręciłem brakujący czas na rolce, ale tu już nie da się ukryć, że tętno utrzymanie tętna w strefie tlenowej nie szło zbyt łatwo . Być może przyczyną jest to, że tydzień ten udało mi się zamknąć 11h aktywności fizycznej, co jest najlepszym wynikiem od sierpnia!
Mróz konkretny chwycił, ale wizja weekendu na trenażerze była jeszcze bardziej odpychająca i przemogłem się żeby wyjść pokręcić. W pierwszą stronę, na tor, jechało się bardzo przyjemnie, ale po prędkości średniej od razu widać było, że jest z wiatrem.
Okrążenie miasta kawałek od zachodu było już mniej przyjemne, a naprawdę niemiło zrobiło się, gdy trzeba było wracać pod wiatr. Problemem – jak to zwykle zimą – były zamarzające dłonie i stopy . Na szczęście po przyjściu do domu dość sprawnie odtajałem.
W trakcie kręcenia 10x przyspieszenia (kadencji) i tyleż samo izolowanie nogi.
Kręcenie jedną nogą szło słabo – najdłużej udało się raz po 1min., a tak to przeważnie koło 40sek.
Zwiększanie kadencji zrobiłem sobie w dwóch wariantach.
Pierwszy, to na jak największą średnią z 30sek. (i tu najwięcej udało się uzyskać 173, 169, 167, 167, 164).
Natomiast w drugim wariancie pierwsze 15–20sek. to bardziej rozgrzewka, a potem rozkręcenie na maksa – tutaj pierwsze miłe zaskoczenie Garminem Edge 500 po masie zaskoczeń niemiłych: Polar rejestrował max kadencję poniżej 200, OIDP najwięcej pokazał mi 197, a potem mimo, że odczuwałem, że przyspieszam, to pokazywał mniej, więc ewidentnie gubił impulsy, na Garminie mogłem sprawdzić swojego faktycznego maksa .
Udało się uzyskać 214 i dwa razy po 211.
Ostatnie 30min. to już luźne kręcenie, na troszkę większej niż zwykle kadencji, bo nie ukrywam, że trochę mnie te ćwiczenia zmęczyły i nie chciałem przegiąć. Dane z treningu (z „lap'ami” przyspieszeń).
Korzystając z lekkiego ocieplenia (jak wyjeżdżałem, to były 3°C) kapkę ambitniejsza trasa, czyli przez Czułów a nie całkiem po płaskim. Trochę dziwne, bo podjazd poszedł mi wolniej niż 3 tygodnie temu, ale może wiatr był inny. I jeszcze tętno dziś wyjątkowo skoczne było – chyba nie służą mu takie długie przerwy .
Solaris
Ponoć ekranizacje dzielą się na takie, które są wierne, ale brzydkie oraz te które są ładne ale nie wierne. Dla mnie ta ekranizacja powieści Lema łączy niestety wady obu podejść. Nie będę się szczegółowo wgłębiał, bo może ktoś (jeszcze) nie czytał książki – można śmiało czytać dalej .
Być może to kwestia medium, jakim jest film, ale w moim odczuciu ten film jest o czym innym niż przekaz zawarty w książce – na motyw przewodni wybrano wątek, który w pierwowzorze być może leży gdzieś w kącie, ale też nie do końca w zaproponowanej widzowi postaci.
W niektórych recenzjach można spotkać się z próbami interpretacji filmu tak, aby leżał bliżej książki. Nie czuję się jednak nimi przekonany, w czym dodatkowo utwierdzają mnie zarówno zaprezentowany w miniaturze plakat filmu jak i widniejący na nim podtytuł „Do czego się posuniesz w zamian za drugą szansę?”.
Ogólnie film jest niezły, z dobrze dobraną muzyką, stąd ocena 5/10.
Myślałem, że to pierwszy długi trening w tym roku, a tu niespodzianka miła, bo drugi. Z racji że o pierwszym trochę sobie zapomniałem, to mimo niesprzyjającej pogody wybrałem się kawałek dalej, ale z możliwościami skrócenia „jakby co”.
Najbardziej wiatr dokuczał. Śnieg sypiący trochę też, ale na szczęście był drobny i raczej suchy (spadał z ciuchów) mimo temperatury koło 0°C.
Po 2h trochę znużenie dopadło, ale o dziwo przeszło i chwyciło ponownie dopiero po powrocie do domu. Trasa
PS Przewyższenie i kalorie z algorytmów Polarowych, bo te dane z Garmina to jakaś abstrakcja.
Zimowy mix, choć nie śnieg z deszczem jak na weather.com, a trucht z trenażerem. Trzeba było dziś zrealizować kilka narzuconych „punktów programu” i przynajmniej tyle udało się poruszać.
PS Dane z biegu orientacyjne, bo znów mi Garmin padł z głodu. Niestety poniżej 20% naładowania mocno przekłamuje stan baterii (przynajmniej na chłodzie – poniżej 5°C) gdyż z 20% spada na 4%, które realnie i tak oznaczają niecały 1%, czyli jakieś 10min. pracy.
Niby tylko katar (lekarka nic więcej się nie doszukała), a na dwa dni położył mnie do łóżka, a po kolejnym dniu wciąż czuję się jak ogłuszony młotem. Ponoć już człowiek na Księżycu był, a sposobu na rozprawieniem się z katarem raz dwa jak nie było tak nie ma .