Niestety, stało się. Przywaliłem o asfalt. Zdecydowanie najsolidniejsza gleba w mojej dotychczasowej kolarskiej przygodzie. I to gdzie. Na zakręcie pokonywanym dziesiątki, jak nie setki razy. Na asfalcie na góralu. 1,5km od domu. Musiało być za szybko do panujących warunków (mimo, że raczej spokojnie), i choć było na plusie, to mżawka + krakowski syf poskutkowały warstewką błota śliską jak lód… ale po kolei.
Wziąłem się dziś, na przełożoną z wczoraj tempówkę. Nie wiem, czy ze względu, że zapomniałem napić się kawy przed wyjazdem, czy ze zmęczenia połową 3-ciego tygodnia treningowego, ale tętno w ogóle nie chciało się kręcić. Choć czułem się znacznie lepiej niż wczoraj. Jak jednak wiadomo, tętno to nie wszystko, więc starajac się oprzeć na odczuciach, zrobiłem tempówkę na miarę swoich aktualnych możliwości (25min) i spokojnie wracałem sobie do domu z fajnymi planami zarówno na wieczór jak i najbliższy weekend.
Wszystko niestety rozpadło się jak domek z kart, gdy w zakręcie uciekło mi przednie koło. Ciekaw jestem, czy bardziej wypoczęty albo po wspomnianej na początku wpisu „brakującej” kawie miałbym więcej releksu (czy i było to zbyt szybko), ale nie zdążyłem się podeprzeć na rękach i lądowanie odbyło się na twarzy . Skasowałem kask, rozwaliłem brodę (na 5 szwów) oraz skórciłem obie górne jedynki (owszem, może były lekko przydługawe, ale mimo wszystko AŻ TAK, żeby je skracać to mi nie przeszkadzały…).
Okres regeneracyjny przyjdzie więcej niestety wcześniej niż było w planie. A siekacze na razie musi zastąpić nóż i krojenie kanapek . Ale jak mnie pocieszył Robert, teraz śmiało mogę mówić, że na kolarstwie zjadłem zęby.
W planach na dziś była tempówka, ale jakoś niezbyt się czułem. Pewnie jeszcze trzymał mnie trochę ostatni weekend. Zamiast niej postanowiłem więc zrobić zwykły tlenik. Po jakiejś godzinie poczułem się wyraźnie lepiej, ale męczyć już mi się nie chciało . A jak na tlenik, to wyjazd poszedł jakoś podejrzanie lekko i szybko…
Do realizacji planu brakowało niewiele czasu, a nie miałem w tym tygodniu ochoty na nadgodziny, postawiłem więc na sprawdzone pobliskie lokalizacje: Sikornik i Lasek Wolski. Zmęczyć i tak było się gdzie, a główna oszczędność czasu była na odcinkach transferowych .
Na południowy zachód, zawracając na opłotkach Kalwarii Zebrzydowskiej. Podczas tempówki (podobnie jak we wtorek: 11.02.2014 - Paro-tempówka) ewidentnie zostawałem na odcinkach pod górę. Jakieś zimowe sadło mi się zebrało, czy co?!
Straszna mgła za oknem, więc odpuściłem i przeprosiłem się z rolką. Po niecałych 30min znów zacząłęm się niezbyt czuć, ale otworzenie dodatkowego okna pomogło i wyszedł całkiem niezły trening.
Nie, nie chodzi o puszczanie pary z ust na chłodzie ;P. Udało się zgrać z Karoliną i pojechać wspólnie. Nie ma co ukrywać, że pod górę jestem trochę słabszy (póki co? – oby ), ale lekko nadrabiałem na zjazdach, na płaskim raczej na remis .
W czwartek wyszło nieco za krótko, a dziś wyraźnie za długo. Pokiełbasiło mi się z długością trasy i raz że nieco za późno wyjechałem, a dwa, że ujechałem się bardziej niż chciałem. A odczucia z podjazdów niestety korespondują z ilością przysiadów które jestem w stanie zrobić, za mało, za słabo.
Zebrało mi się dziś na dłuższą wycieczkę, w którą wplotłem tempówkę. Długa rozgrzewka to mimo wszystko było raczej średnie rozwiązanie, bo nie miałem potem siły na dłużej niż 30min nieco mocniejszej jazdy. Nie wiem gdzie się kondycja w tym roku podziewa… może jak wszyscy poleciała do Calpe?!
Myślałem, że trochę dłużej mi zejdzie. A jak już byłem prawie w domu, to nie chciało mi się dokręcać, zwłaszcza, że stan powietrza pozostawiał sporo do życzenia.
Jakoś nie mogłem się zebrać na trening. W planie nie było dużo do zrobienia, w ciągu dnia padał deszcz, ostatecznie stanęło na rolce. Od pierwszego obrotu brak sił, a po zejściu kwadrans leżałem i dochodziłem do siebie. Ki czort?!