Zgodnie z prognozami przyszła odwilż, nawet lepsza niż się można było spodziewać, bo na +7, a nie +1 . Pasowało więc skończyć odpoczywanie i wziąć gdzieś wyskoczyć .
Wyraźnie cieplej (-7°C) więc i dłuższy bieg .
Tak naprawdę to dłuższy, bo w miłym towarzystwie. Sił i motywacji lekko zaczynało brakować.
Po powrocie jeszcze trochę gimnastyki (mocno „bez szału”), bo trenażer straszył samym wyglądem.
Przywaliło śniegiem. Nie ma co narzekać, i tak 3 tyg. później niż rok temu. Oby nie leżał o tyle dłużej… Drogi już jednak w miarę odgarnięte, więc zimówką nie było źle .
Zamarzający deszcz, zdecydowanie największa zakała zimy. Niezależnie, czy pieszo, czy na rower, czy próbując się dostać do samochodu. Nie było tak ekstremalnie jak zeszłej zimy, ale i tak wystarczająco kiepsko, aby przeprosić się z trenażerem
Dość długo zeszło z rozłożeniem go i przygotowaniem roweru, więc sam trening krótszy, żeby sąsiadów po nocy nie irytować .
Wyjątkowo gęsta mgła zniechęcała do jazdy wzdłuż Wisły – zapewne przez cały wyjazd zmuszeni bylibyśmy oglądać jednostajnie szary krajobraz. Ruszyliśmy więc z zamiarem przejechania się trasą starego IC (na południe od Krakowa). Po drodze naszło mnie jednak na zahaczenie o Myślenice.
Mgłę tam mieli jeszcze gorszą niż w Krakowie! Ale jak już tam dotarliśmy, to bez większych nadziei na słońce na górze podjechaliśmy na Chełm. Szczęśliwie jednak intuicja się nie sprawdziłą i na super styk udało się rozejrzeć ponad mgłą. Kilka metrów mniej i nic by z tego nie wyszło.
Po ładnych widokach przyszła pora na mniej miłą część wycieczki – długi zjazd w zimnej mgle do Myślenic i podobnie zamglona, pagórkowata droga do Krakowa. Przewyższenie wyszło naprawdę fest!
Wczoraj dałem sobie solidny wycisk ledwie paroma ćwiczeniami ogólnorozwojowymi, a dziś cierpię . Mimo wszystko zmobilizowałem się na przejażdżkę na rozruszanie, podobnie jak tydzień temu pętla przez Rudawę, choć dziś sam i trochę mocniej.
Tak się wczoraj fajnie jechało, ale jak dziś dopadło zmęczenie, to nie było zmiłuj. Niby coś tam kręciłem, ale myśli kierowały się w stronę łóżka i koca, a nie jazdy, a i tętno z wielkimi kłopotami podnosiło się powyżej 120.
„Mini”, bo atakowaliśmy z Myślenic, a nie Krakowa. Warunki nawet lepsze niż spodziewane, i pod tym względem można można było wziąć szosówki. Nie wiem jednak, czy bym na swojej klasycznej korbie dał aktualnie radę podjechać pod wzniesienia na trasie…