Najpierw miały być Niepołomice (żeby wracać z a nie pod zimny wiatr), ale jakoś po drodze mi się odwidziało i tak trochę na chybił trafił poskręcałem gdzieś między Swoszowicami a Wieliczką. Planowałem chwilę dużej, ale jak już zjechałem do miasta, to nie chciało mi się dokręcać.
Niestety zimówka też już ma dość zimy, o czym dała mi znać przy ruszaniu bolesnym strzałem w kolano po przeskoczeniu łańcucha. W sumie widząc stan napędu spodziewałem się, że w ciągu najbliższych 3 tyg. powie dość, jednak sądziłem, że będzie to miało miejsce podczas podjazdów w weekend, a nie wziąłem pod uwagę „zwykłego” ruszania ze świateł .
Warunki dziś zaskakująco dobre jak na to, co się działo przez ostatnie dwa dni. Jedynie, że zimno jak diabli.
Plany na dzisiaj były trochę ambitniejsze (co do intensywności, nie czasu), ale miesiąc temu nie spodziewałem się niemal pełnowymiarowej zimy w połowie marca.
Ostatecznie przycisnąłem tylko na kilku pagórkach, co i tak odczułem po powrocie do domu.
Wczoraj nie miałem siły wstawać z rana, aby zdążyć zmieścić rower o jakiejś sensownej porze, więc wypadło na dzisiaj.
Nawaliło tyle śniegu, że kiepsko z jazdą się zrobiło: drogi wąskie, pokryte błotem, przez co auta mocno chlapią; bulwary Rudawy zasypane. Tyle dobrze, że bulwary wiślane i błonia odśnieżyli, to się pokręciłem chwilę po mieście z „oszałamiającą” prędkością .
Chciałem przejechać się trochę w terenie, ale przez noc dosypało świeżą warstwę śniegu i guzik było widać po czym się jedzie, czuć jedynie, że jest to śliskie . Przeczłapałem przez Sikornik i Lasek, ale wróciłem już ścieżką do toru, także bez szału.
Wyjazd minął raz dwa. Nie trafiliśmy na najlepszą pogodę, ale mimo to, korzystając z wolnego czasu i przyzwoitych temperatur pojeździliśmy sporo. Tylko opalenizny prawie nie przywieźliśmy .
W ciągu 12 dni przejechałem 916km w poziomie i 13,9km w pionie w czasie 39,5h. Były dni wietrzne, była jazda w deszczu i gradzie, cały jeden raz udało się też pojechać w krótkich spodenkach.
Choroba przed wyjazdem spowodowała, że pierwsze 7 dni było czasem dojścia do siebie i spokojniejszych jazd, ale ostatnie 5 dni trochę to sobie odbiłem .
Treningowo na jakieś fajerwerki nie liczę, nie traktuję jednak roweru aż tak całkiem serio, ale w końcu o to z hobby chodzi, aby było przyjemnością, a nie obciążeniem.
Górska trasa na koniec umiarkowanie wypaliła, bo na pierwszym podjeździe, na 900+m zaczęło padać (choć pierwsze prognozy mówiły o ładnym czwartku a kolejne raczej o mżawce niż regularnym opadzie). Ale góry to góry. Dostaliśmy lekcję pokory.
Prawie 2h przesiedzieliśmy w jakiejś kawiarence, gdzie dzięki Michałowi mówiącemu po hiszpańsku, mieliśmy odpalony piecyk gazowy. Mogliśmy się trochę ogrzać i podsuszyć ciuchy czekając na koniec opadów i pijąc kolejne kawy, herbaty i nie tylko .
W obliczu panujących warunków i konieczności spakowania się wieczorem, nie było żadnego sensu kontynuacji trasy i wróciliśmy się tą samą drogą którą przyjechaliśmy. Wyjazd i tak wyszedł całkiem konkretny.
Najpiękniejszy widokowo podjazd jak do tej pory. Widok na góry, na morze i wijącą w dole się drogę obudowaną charakterystycznymi białymi zębami murków. Generalnie spokojna jazda, choć ze względu na braki przełożeń pod górę mocniej.
Trochę nam się skrót nie udał – dość wysoko prowadził piękny nowiutki asfalt, który się nagle urwał. Odcinek był niemal szutrowy: stary poniszczony asfalt, miejscami wypłukany przez wodę przeplatany bliżej nieokreśloną nawierzchnią ze zlepionych kamieni. Co ciekawe z drugiej strony było dokładnie to samo i jeszcze przed dojazdem do głównej drogi wjechaliśmy na powrót na nowy, gładki asfalt. Trasa.
W końcu zrobiła się jakaś normalniejsza pogoda, więc od razu wykorzystałem aby skoczyć w jakieś górki. Na początek dwie najbliższe od Calpe, ale z niemal poziomu morza wcale nie takie małe, czyli jak w tytule Coll de Rates (choć od południowej, łagodniejszej strony) oraz Bernia (podjazd od Xalo, zjazd z widokiem na Calpe i morze, trochę kiepski asfalt, ale ładny widokowo).