Znów deszcz od rana. Dopiero koło 13:00 się uspokaja. Chciałem niby jakieś górki, ale samopoczucie jakieś takie słabe. Nie wiem czy to kwestia pogody, czy zmęczenia. Wybrałem jednak lekką przejażdżkę wzdłuż wybrzeża. Lekko nas pokropiło na starcie, ale na szczęście obyło się bez przemoczenia jak wczoraj.
Choć raz udało się uzyskać jakąś sensowną średnią kadencję.
Nie ma to jak wyjechać parę tysięcy km z dala od zimy i mieć gorsze warunki niż w domu . Było wszystko – burze, ulewa, wichura i grad. Mimo to jakoś się zebrałem i trening był. Prawie każdy pojechał. Teraz tylko kłopot z wysuszeniem wszystkiego.
Trochę nietypowy czas tempówki, ale podjazd nie chciał się skończyć, a i tak nie dałbym go rady spokojniej jechać. Noga i tętno w tych zakresach nawet się dobrze kręciły (ciekawe co by było na wyższych obciążeniach).
Lekki zawód pod górę, bo jadąc na najlżejszym przełożeniu, na łagodnym podjeździe, nie mieściłem się w strefie tempo 1 – stąd plusik.
Miała być tylko przejażdżka wzdłuż wybrzeża na kawę, a potem nagle dorzucili jeszcze solidny kawał podjazdu. Tak to się wybrać na rege w grupie.
Przełożeń do lżejszej jazdy trochę brakowało, był więc taki lekki tlen, zakładając, że puls zbyt nie przekłamywał wartości, co też jest możliwe na zmęczeniu. Odczucia jednak były i są w porządku.
Miał być lekki tlenik, ale dziewczyny potrenowały przez zimę i nie ma to tamto – trzeba się nieraz postarać, żeby nie odpaść. I tak była to najspokojniejsza dziś grupka. Mięśnie już jednak zmęczone, więc wolałem spokojniej.
Temperatura jak wczoraj, na poziomie morza koło 12°C, trochę wyżej (300-400 m n.p.m.) 10°C. Trasa.
Jutro zasłużony dzień regeneracyjny, a co dalej to się zobaczy w zależności od samopoczucia i pogody.
Miał być tlenik po płaskim z dwoma podjazdami. Ze swoim brakiem formy, sporo czasu jednak widziałem tętno w strefie tempo…
Zimniej niż wczoraj (tylko 12°C), coś pechowo trafiliśmy. Pod koniec tygodnia jeszcze ma padać. No nic, zobaczymy. I tak cudowanie jest jeździć po równych asfaltach, na których – o dziwo mimo wysuszonego krajobrazu wokół – niemal nie ma piasku i żwiru.
Po jeździe jednak wszyscy padli równo, więc może jakoś przetrwam .
Jak nie idzie to nie idzie. Zamiast około doby jazdy wyszły 3 z małym hakiem . Awaria samochodu za granicą to kiepska sprawa. I tak szczęście w nieszczęściu, że nie jechaliśmy w weekend tylko przed.
Przez to dopiero dzisiaj udało się wsiąść na rower, a nie jak planowaliśmy w piątek, maksymalnie sobotę. Wyszły zatem w zasadzie 3tyg. przerwy w jeździe .
Mimo wszystko zabrałem się razem z grupą na jazdę, bo sam nie znam tu żadnych tras, a miało być po płaskim i spokojnie. Dla mnie nie było ani jedno ani drugie. Nawet dziewczyny tylko plecy pokazały i tyle je widzieli. No nic, pewnie z tydzień zajmie dojście do siebie po takiej długiej przerwie. Zamiast wrócić mocniejszy, to najwyżej tylko wyrównam straty z choroby… cóż, życie. Ale dobre i to .
Dzisiejsza trasa. Trochę chłodno (koło 15°C), więc nogawki i bluza w użyciu.
Plany planami, a wyszło jak zawsze. W niedzielę, to się faktycznie nie bardzo czułem, i może faktycznie dobrze było odpuścić, ale poniedziałku to bardzo szkoda. Czasu się niestety nie cofnie. Dziś niestety zero czasu, jutro też się nie zapowiada. Jak dobrze pójdzie to może w piątek…
Wczoraj w końcu spałem trochę więcej, więc dziś się odważyłem na godzinkę tlenu. Nawet nie było źle. W zależności od samopoczucia w kolejnych dniach może spróbuję odrobinę rozszerzyć?
Pięć nocy z rzędu pobudki przez kaszel. Nad ranem od tego ból głowy i przekrwione oczy (również od łez). Normalnie strach iść znów spać. A dziadostwo z oskrzeli w ciągu dnia wyłazić nie chce . Może więc taki „spacer” na trenażerze coś pomoże? Intensywność taka, że się w sumie nawet nie spociłem nic a nic mimo zamkniętych okien. Nie wiem czy pomoże, ale nie powinno zaszkodzić.
Zdecydowanie nie polecam łapania zapalenia oskrzeli. Mi się zdarzyło pierwszy raz życiu i już mam serdecznie dość. Od środowego popołudnia wygrzewam draństwo w łóżku i jak na razie największa poprawa to dotyczy samopoczucia a nie objawów.
Sytuacja się ustabilizowała (37,1° w ostatnich dniach, pierwszego jak miałem siłę zmierzyć było 38,6°C), ale do dobrej sporo brakuje. Straszna wyrwa w życiu - praca leży, trening leży, zajęcia dodatkowe leżą. To już przeziębienia lepsze - dwa dni wyleżenia i powrót do żywych.
I zgaduj człowieku skąd się takie draństwo przyplątało…
Obolałe wszystkie mięśnie, palące gardło, powiększone węzły chłonne. Wygląda to słabo…
Tak się kończy, jak się człowiek nie ma czasu w weekend porządnie wyspać .
Wbrew prognozom nie waliło śniegiem od rana dzięki czemu koło południa wybraliśmy się z RB na trasę po pagórkach.
Sypać śniegiem zaczęło w okolicach ostatniego zaplanowanego podjazdu, ale wtedy to już było bliżej domu niż dalej i daliśmy radę .
Oj nie powiem, weszły mi te podjazdy w nogi. W zimowych warunkach niestety ciężko porównywać uzyskane czasy, bo raz jest zimniej, raz cieplej, raz bardziej ślisko, innym razem mniej. Raczej nie było źle, ale do dobrze to jeszcze sporo brakuje.