O jaaaak mi się nie chciało dziś na rower iść. Ale jednak na sam wieczór się wybrałem, ale jechało się tak średnio. Tempo mocno szarpane, czego średnie tętno nie oddaje.
Od jakiegoś czasu to za mną chodziło (jeszcze RB nieraz opowiadał jak to sobie pojeździł tu i tam) więc w końcu się zdecydowałem na zakup rolek. Oczywiście pasowało od razu objeździć zakup .
Muszę przyznać, że widząc z jaką lekkością ludzie się przemieszczają na rolkach, to nie sądziłem, że jest to takie trudne . Wywalić się nie wywaliłem (bo za wolno jechałem ), ale nie koniecznie jechałem tam gdzie najbardziej chciałem.
Wybrałem się na rower tak, aby zdążyć jeszcze na końcówkę etapu TdF. Nie przejechałem 2km, a tu tylne koło na zakręcie ucieka – typowy symptom laczka . Naprawiłem, a że blisko domu jeszcze byłem, to napompowałem „dojazdowo” tylko i zawróciłem.
W domu jak to w domu, jeszcze coś przegryzłem i ruszyłem. Jadę w końcu, a tu z każdym obrotem korbą jedzie się coraz ciężej. Mimo wszystko aż tak szybko się nie męczę – coraz mocniej wieje spod ciemnych chmur gromadzących się na horyzoncie. Później dochodzą jeszcze błyskawice i zaczyna pokapywać. W tej sytuacji przystąpiłem do odwrotu.
Ostatecznie ani nie dojechałem tam gdzie sobie planowałem, ani końcówki etapu nie obejrzałem (ale jak się dowiedziałem „fajerwerków” nie było), a wszystko przez zszywkę .
Udało się dziś zebrać na wyjazd w ramach akcji Polska na rowery. Trochę na styk dojechałem i musiałem grupę gonić, ale na szczęście nie zniknęli z zasięgu wzroku .
Przy okazji jazdy po lasku ciekawą obserwacją była znikoma ilość komarów oraz… zamiana jednej ze ścieżek „serpentyny” w szutrową autostradę.
W związku ze sporadyczną jazdą czuję brak „wjeżdżenia” w rower. Aż dwa zjazdy dziś odpuściłem, z czego jeden nie raz już zjeżdżałem we wcześniejszych latach. Z kolei po innym znanym, czułem nadmiar adrenaliny .
Po wczorajszej jeździe głowa bolała do rana i dopiero tabletka pomogła . Dziś ogólnie byłem zamulony, więc tylko lekkie przewietrzenie się.
Przy okazji badałem jak po serwisie będzie się sprawował bębenek (i przy okazji zmiana biegów). Nie było zbyt wielu okazji do testowania problematycznego zakresu przełożeń, ale ogólnie na plus – pierwsze wrażenia pozytywne.
Dziś wycieczka bez patrzenia na pulsometr. No, może jednak jakieś zerknięcia się zdarzały, aby nie przesadzić . Słońce samo zachęcało do kręcenia, ale niestety sił brakuje. Choć po drodze większych podjazdów nie było, to po powrocie do domu dochodziłem do siebie dobre pół godziny…
Oj, strasznie długa przerwa, nawet jak na niedzielnego rowerzystę, ale do małej ilości czasu przyplątał się problem zdrowotny i takie skutki. Tym razem już nie wytrzymałem. Nie mając specjalnego wyboru pojechałem spokojniutko do Tyńca. W drodze powrotnej spotkałem Dawida z którym pokonałem resztę trasy. Fajnie było .
Taka lampa za oknem, że żal siedzieć w domu, więc się spokojnie poturlałem szosówką. Tyniec, Liszki, Rybna, Czułów, Olszanicka. Cel chyba się udało zrealizować (przejechać się, ale potem być nadal trzeźwo myślącemu ).
Już dawno w Lasku nie byłem (bo tam stromo jest, a ja słaby jestem), ale dziś trafiła się mobilizacja w postaci otwarcia single-tracka wykopanego przez chłopaków (ze zgodą odpowiedniego nadleśnictwa). Singiel ma 505m długości i 45m wysokości (średnio 9,1%) i pokręcony jest jak makaron spaghetti .
Z racji, że trochę ludzi było, to po pierwszym przejeździe pojechałem pokręcić się po lasku i wróciłem, jak już było luźniej. Przetestowałem trasę zarówno w dół jak i w górę – póki co do pokonania w siodle w obu kierunkach brakuje mi jednego zakrętu 180°. Ale fajna ścieżka .
Rower mi skrzypi gdzieś przy korbie jak diabli, muszę sprawdzić co się z bębenkiem dzieje że ma takie luzy i jeszcze SID się trzęsie jak galareta . Generalnie wyłania się trochę kiepski obraz jak na rower startowy.
Wybrałem się szosówką na miejsce startu jutrzejszego maratonu (MTB Marathon #4 Zabierzów). A jak już tam byłem, to jednak nie wytrzymałem, by nie przetestować podjazdu, który rozpoczyna maraton, a którego nie jechałem już bardzo, bardzo dawno.
Lekko nie było, pierwsze 1.1km trzymało 6,6%, następne 1.1km 3.9% – najstromszy kawałek przepychałem na stojąco (najlżejsze przełożenie jakim dysponuję to 39:26). A dalej pojechałem przez pola pod prąd końcówki trasy aż do pierwszego napotkanego asfaltu, który wypluł mnie w okolicach jaskini Wierzchowskiej. Stąd już krótka ścianka i jestem na olkuskiej, którą sprawnie dojechałem do Krakowa.
Nazbierało się tych przewyższeń dzisiaj i trochę to czuję, bo spora ich część dość stroma była.