Najbliższe podkrakowskie okolice – teren o tyle, że nie asfalt, bo głównie szutrowe i ziemne drogi. Razem z Markiem zrobiliśmy pętle przez Las Zabierzowski i dol. Brzoskwini. Jak to w terenie na podjazdach tętno szło do góry, a na zjazdach spadało.
Po przerwie w zeszłym tygodniu w tym udało się zmobilizować na „czwartkowe truchtanie”. Trochę się nie mogłem dziś z opaską dogadać, w związku z czym byłem zirytowany i biegłem szybciej , a dane są tylko orientacyjne „około”.
Nie udały się rowerowo te święta. W sobotę pogoda była wypas, ale jakoś tak zlazł czas na pomoc w domu, w niedzielę naparzało deszczem niemal cały dzień, w poniedziałek pogoda troszkę lepsza, ale woda lała się nie tylko z nieba. Koniec końców zostało wykorzystać dzisiejsze wolne i choć troszkę sobie odbić weekend.
Zapuściłem się w parę dawno nie odwiedzanych dróg, przez Szczyglice i Aleksandrowice do Kleszczowa. Tam przeskok przez główną drogę i przez Brzezinkę powrót w stronę Krakowa. Wyskoczyłem w Zabierzowie a tam mega korek. Trochę się zdziwiłem, że aż taki duży, choć godzina pasowała. Rozwiązanie zagadki znajdowało się kawałek dalej – ciężarówka z przyczepą wjechała komuś do ogródka, a dokładniej to sama ciężarówka, bo przyczepa została blokując jeden pas – straż sterowała ruchem wahadłowym.
Tym sposobem wyszło jedno z wyższych przewyższeń w tym roku .
W końcu pogoda taka, że aż sama ciągnie na pole, a nie odpycha. Skorzystałem więc i przewietrzyłem się kawałek . Przewyższenie nieduże, ale na paru ściankach tętno na 160 powędrowało.
Ponownie udało się zmobilizować na czwartkowe truchtanie. Mimo, że tylko raz na tydzień, to o dziwo i skraca mi się czas ćwiczenia/biegu – ale to chyba kwestia, że dziś nie było pod wiatr .
Ponownie z pracy do domu. Kręcił się po okolicy jakiś intensywny przelotny deszcz, ale nawet nie przeszkodził specjalnie, a w ulewę przemianował go – mijany po drodze – Lesław .
Pojechałem pokibicować podczas dzisiejszej ustawki zielonych. Okazało się, że – podobnie jak ja miałem dziś poranny start z opóźnieniem podobnie – tak i zawody — zabawiłem więc tam trochę dłużej niż sądziłem.
Dalej chciałem już tylko potoczyć się do Tyńca, ale ilość ludzi na ścieżce była zatrważająca, więc przez Bodzów przebiłem się do głównej drogi, a następnie pokręciłem się trochę po Podgórkach Tynieckich i główną drogą wróciłem do domu.
Jeżdżąc sobie po asfalcie to, że jest źle, widać po średniej, natomiast wjeżdżając w teren od razu daje się odczuć, że jest tragicznie, „sapiąc” na potęgę pod byle wzniesienie… Normalnie już się nie mogę doczekać, żeby się znów styrać na treningach!
Ambitniejszy sposób powrotu z pracy niż tramwajem bądź mieszczuchem, bo… z buta. Wyboru nie było, trzeba było przebiec cały dystans i kropka , ale akurat w sam jest na obecne możliwości.
Tudzież dotlenić szare komórki, bo coś rozleniwiły się ostatnio trochę . Taka luźna przejażdżka do Tyńca tylko. Taki słoneczny dzień, że mimo chłodnego wiatru aż samo na pole wyciągało .
W weekend dopadło mnie dzikie zwierzę (niestety był to leniwiec sportowo-pogodowy). Dopiero dziś wybrałem się pobudzić coś bardziej krążenie. Dwa tygodnie temu sądziłem, że już gorszej kondycji mieć nie można – a tu proszę, niespodzianka – da się jeszcze wolniej . A dokładniej to tak samo szybko jak dwa tygodnie (i 2 wpisy) temu, ale dziś ze znacznie wyższym tętnem.
Pora wracać do obowiązków… im wcześniej temat zamknę tym szybciej będzie możliwość powrotu do jakiejś regularności treningowej.