Choć pogoda ładna i ciepła, to jakoś nie chciało mi się dziś na rower zbierać. Stwierdziłem, że korzystając ze sprzyjającej aury mogę sprawdzić się na pętli wokół Błoń. Ciekaw byłem jakie tempo biegu uzyskam utrzymując tętno do granicy progu beztlenowego. Na biegacza chyba predyspozycji nie mam – 3.55km przebiegłem w 19:03, czyli tempem 5:22 min/km (tylko że ze średnim tętnem 170).
PS Stwierdziłem, że jednak logiczniej będzie używać takich samych oznaczeń ćwiczeń jak na rowerze, jedynie poprzedzonych prefiksem „B”, zatem: BE2 – tlenik
BM1 – tempo
itp.
Zabrałem siostrę do Niepołomic, bo coś nie mogła znaleźć nikogo chętnego na ten kierunek. Choć dzień ciepły, to zaraz po wjechaniu do puszczy dało się odczuć chłód.
„Trening techniki jazdy na rowerze górskim” – o takim tytule wątek na forum założył krakowski zawodnik Bartek Janowski. Skoro była okazja zobaczyć jak trenuje ktoś jeżdżący o te 2-3 poziomy lepiej, to długo się nie wahałem i skorzystałem z okazji .
Pokręciliśmy się sporo po Zakrzówku, następnie przejechaliśmy na Sikornik, gdzie było mniej, ale dłuższych ścianek. Na Lasek Wolski już nie było dość czasu i już tylko na chwilkę wpadliśmy na Bodzów. Choć wg licznika dużo nie przejechałem, to dość zmęczony wróciłem do domu – tempo było jednak mocno szarpane. Również aby móc zjechać, to najpierw trzeba było podjechać , zresztą przewyższenia się trochę uzbierało.
Gdy ruszałem z domu było 15°C, a przy łataniu gumy w Mnikowie już tylko 8°. Dynamika zmian temperatury dość znaczna. Madzia stwierdziła, że jest za zimno na dalszą jazdę, więc dalej już sam przez Czułówek, Liszki i ścieżką do toru kajakowego wróciłem do domu. W sumie też wymarzłem na postoju i cieplej to zrobiło mi się dopiero na torze, gdzie jeszcze ładnie świeciło słońce.
Siostra zajeździła oponę w mieszczuchu, więc przyszło mi się tym zająć. Skoro to holender na dużych kołach, to podjechałem do sklepu i kupiłem oponę – padło na Rubenę 28" (622-42). Wracam do domu, biorę się za zakładanie i… lipa?! Już pierwsza strona nie chce wejść. Męczę się z nią, siłuję i nic (no, poza tym, że w końcu ją rozwaliłem ). Sprawdzam więc jeszcze raz oznaczenia na starej oponie i tu niespodzianka — opona jest opisana jako 27" (27 cali). Ki czort? – to przecież nawet mniejsza. Ale sprawdzam jeszcze średnicę osadzenia wg ETRTO no i tutaj się okazuje, że opona 27" ma wymiar 630mm, a opona 28" 622. A te 8mm różnicy na średnicy dają już 2,5cm na obwodzie.
Po sprawdzeniu w internecie okazuje się, że opony w tym nowym (dla mnie) rozmiarze da się znaleźć, choć są niezbyt popularne. Późno już było, więc trzeba było zaczekać na kolejny dzień z poszukiwaniami w Krakowie. Dziś dzwonię do Ando i od razu się udało – mają Kendę 27" × 1¼ . Opona kupiona, założona (ta weszła gładko), a ja jestem bogatszy o kolejne doświadczenie, kosztem – na szczęście niedrogiej – opony Rubeny .
Sezon był dość zwariowany pogodowo, pojawiały się więc i powątpiewania na temat tego jak będzie jesienią. Ta jednak w miarę postanowiła dopisać. Choć zdarzały się chłodniejsze i deszczowe dni, to generalnie przeważa słońce – dzięki temu wciąż się da jeździć w terenie. A dziś (zwłaszcza patrząc na kalendarz) to pogoda już całkiem przyszalała – 16°C. Z tej okazji po ponad miesięcznej przerwie postanowiłem odkurzyć szosówkę .
Trasa to żadna awangarda – do Krzeszowic przez Czułów, z powrotem przez Rudawę, wzdłuż dolinek i Zabierzów. Niestety wciąż jeszcze czuję gardło . W pierwszą stronę wiatr dość przeszkadzał, a dodatkowym utrudnieniem był dłuższy sfrezowany odcinek. Ale potem było lepiej, jedynie słońce się gdzieś za chmurami skryło.
Czyli przejażdżka po najbliższej okolicy Krakowa i jednocześnie rozruch po chorobie. Po drodze odwiedziny na małym „rowerowym placu zabaw”, gdzie tydzień temu „poległem”. Dziś było lepiej i udało się pokonać wąwóz w poprzek dokładnie tak jak chciałem – trzeba było się troszkę przełamać i tyle .
Dziś wybraliśmy się w takim samym jak wczoraj składzie, tyle że bez rowerów. Z błoń przez Sikornik dotarliśmy do Lasku, obeszliśmy go po szlakach dookoła no i potem z powrotem na błonia (dystans orientacyjnie).
Dni coraz chłodniejsze – ledwo jakieś 5°C dziś na termometrze było przed południem. Razem z RB i MT pokręciliśmy się po okolicy. Jednym odcinkiem to nawet po raz pierwszy jechałem . A z zadyszką, bo chwilami było dość szybko (hrmax 188).
Po drodze nie zabrakło „przygód”. Złapałem kolejną gumę – tym razem piękny 10cm gwóźdź powyginany na kształt zszywki (kawałek z nim przejechałem i zrobił mi z dętki sito). Jakiś czas potem MT urwał pająk od korby! – no dobra, tak w zasadzie to pękło mu pół pająka – 2 gwinty od małej zębatki. Oczywiście z pięknej zębatki Specialites TA 28T została kupa pogiętej (i pękniętej) blachy….
Ledwo wyjechałem z domu i zaczęło mżyć – nic to, jadę dalej. Przez Sikornik dojeżdżamy do Lasku. Rowery jesiennie rozleniwione coś nie chcą się wspinać , a mżawka się waha, czy nie przejść w deszcz. Zmywamy się więc na dół.
Tradycyjnie białą droga. Końcówka podjazdu, staję na pedały i… rower też staje!? Tylne koło przestało się kręcić - ani w tył ani w przód o milimetr nie daje się obrócić . Piasta nie jest stara – 2 lata ma, ale nie była dużo jeżdżona, rok temu miała zmieniany zatarty bęben – coś nie mam do niej szczęścia. Z dalszej jazdy wyszły więc nici i zostało przynieść rower do domu .