Coś z pogodą na dzisiaj to prognozy strasznie mieszały. To miało padać cały dzień, to do 16:00. Aż tu niespodziewanie koło 14:00 się przejaśniło.
Po wczorajszym wymarznięciu (przez gumy i deszcz) jakoś nie ciągnęło mnie dziś specjalnie na pole. Dodatkowo nie czułem się całkiem pewny swojego zdrowia. Jednocześnie miałem ochotę spróbować zrobić pierwsze w tym roku tempo. Odpaliłem więc film, trenażer i jazda.
Samo tempo to 20min. ze średnią kadencją 88 i średnim tętnem 155.
Pół godziny jazdy i zaczyna kapać, choć wg prognozy miało zacząć 2h później. Kiepski początek, ale nie pada za mocno więc jedziemy dalej. Za Tyńcem nawet przestaje (a może padało tylko w Krakowie, bo po zrobieniu pętli, w nim znów nas wita deszcz).
Pierwsza próba rozruchu po przeziębieniu. Warunki za oknem zachęcały do wyjścia na rower (10°C i prześwitujące słońce). Załatwiłem więc sprawy na mieście i wróciłem na około przez Kokotów.
Niestety, choć „po domu” wydawało mi się, że jest już całkiem dobrze, to na rowerze jeszcze czuć, że organizm zmulony. Ciężej się oddycha, chłodne powietrze drapie w gardle, a i nogi nie kręcą się tak lekko. Podjazdy w tym tygodniu będą więc musiały jeszcze zaczekać, a może choć tempo w niedzielę uda się zrobić…
No i masz ci los — za oknem słońce, a mnie złapało jakieś choróbsko . Nie wiem czy dobrze zrobiłem, ale mimo wszystko wsiadłem na trenażer, na 1,5h (z dwóch planowanych). Jechało się nawet dobrze, choć pod koniec już mnie zdrowo odcięło.
Podsumowanie tygodnia
Miał być tydzień regeneracyjny i był. Przez przeziębienie wyszło tylko 6,1 (z planowanych 6,5h) treningu. No i na razie nie wiem co będzie z kolejnym tygodniem. Mam nadzieję, że jakoś się organizm weźmie i pozbiera, bo póki co nie widzę szans na realizację jakiś mocniejszych treningów.
Gdybym miał napisać ten wpis na początku dzisiejszego kręcenia, to w zasadzie cały nadawałby się do cenzury . Na szczęście – parafrazując – sport łagodzi obyczaje, więc wpis pojawia się wraz z treścią.
W planie na dzisiaj był jakiś ciekawszy trening, ale niestety dopadło mnie przeziębienie, więc skończyło się na wypacaniu zarazków.
Jakby tego było mało to „trenażerowy zestaw kina domowego” zastrajkował, a awaryjny też nie chciał odpalić — trzeba było zadowolić się samą muzyką. Ostatecznie może to i lepiej, bo dzisiaj kręcenie ciężko szło, a na tym samym obciążeniu tętno chodziło sobie góra-dół nawet o 10 uderzeń.
Teoretycznie dziś ostatni dzień pod znakiem wodnika (21.01- 18.02). W praktyce najbliższe dni zapowiadają się jednak pod tym znakiem — wreszcie przyszła odwilż. Chlapaliśmy się więc z Magdą na pętelce przez Morawicę.
Jeszcze trochę takiej zimy i nie będzie czym solić frytek . Dziś ulice albo spływały solą, albo były pod śniegiem. Do Kryspinowa dominowała opcja pierwsza, a dalej druga (zrobiłem sobie wycieczkę do Czułowa).
Podsumowanie tygodnia
Ponownie udało się zrealizować 101% (tym razem z zaplanowanych 12h). Ciekawa rzecz to zmęczenie po… dniu odpoczynku. Ale przed nim też, a dziś już nie, więc nie wiem ki czort.
Warunki na polu zamiast się poprawiać to tylko się pogarszają . W związku z tym dziś sport był przed telewizorem.
Zacząłem ze skoczkami narciarskimi. Duet Adam Małysz i Hannu Lepistoe pięknie pokazali co to znaczy trafić ze szczytem formy.
Następni byli panczeniści w biegu na 5000m (tutaj pojawił się nasz reprezentant Sławomir Chmura, skończył 16.).
W końcówce treningu towarzyszył mi biathlonowy sprint kobiet na 7,5km (gdzie występowały 4 nasze reprezentantki, ale niestety 3 psuło drugie strzelanie).
Choć dziś trening po dniu regeneracyjnym, to jakoś brakowało świeżości. W związku z tym po rozgrzewce tylko po 6 razy powtórzyłem kadencję maksymalna i izolowanie nóg. Mały sukces jest taki, że wszystkie izolowania były po 45sek. W kadencji średnio (tzn. maksymalna z 5sek.: 195, a z 30sek.: 167.
Ale bez czego
Dziś, po przepracowaniu 42 dni w końcu nie było w planie zestawu ćwiczeń A6W. Od początku stycznia do wczoraj były codzienną rutyną. A teraz są już za mną .