Dziś coś ciężko szło mi zebranie się na trening. Jak zobaczyłem
że znów sypie śnieg, to całkiem odechciało mi się iść na rower. Na rolkę na
planowane 2h też ciężko było się przemóc. Ostatecznie przypomniałem sobie,
że jest dopiero styczeń i można by jeszcze pójść potruchtać.
W pierwszy dzień świąt truchtałem godzinkę i nie zrobiło to na mnie
większego wrażenia. Stwierdziłem więc: co za problem zrobić dwa razy tyle.
Okazało się, że jest to problem. Sponiewierałem się strasznie i ledwo
dowlokłem się do domu .
Stwierdziłem, że ilość śniegu nie przekroczyła jeszcze masy krytycznej.
Wsiadłem więc na rower i by nie jechać po śliskich ulicach ochlapywany przez
auto wybrałem ścieżkę rowerową do toru kajakowego.
Śniegu trochę było, więc aby nie przekraczać strefy jechałem dość wolno.
Niedaleko przed torem usłyszałem nagle tuż siebie rower. Obracam się, a tu
Robert (RB). Dalszą drogę na tor i z powrotem pokonaliśmy więc wspólnie.
Muszę przyznać, że przełajówka Roberta sprawowała się naprawdę dobrze w tych
warunkach.
Rano powiedziałem sobie, że wypadałoby się zacząć ruszać. Popołudniu
zdjąłem trenażer z szafy i zamontowałem do niego szosówkę. Potem był obiad.
W końcu wieczorkiem wsiadłem na godzinkę. Było tak samo nudno jak zawsze .
Jak w tytule. Po dość suchych szosach. Zjazd w teren wyglądający na
zmrożony skończył się szybką glebą na cienkim lodzie. Na szczęście bez
konsekwencji. Później dowiaduję się, że
Pocio miał
dziś mniej szczęścia — w wyniku niefortunnego upadku przez najbliższe pół
roku może tylko pomarzyć o rowerze .
Dokładnie 2 miesiące minęły odkąd ostatnio się ruszałem. Dzisiejszy trucht
poszedł nadzwyczaj gładko. Co prawda jak tylko było lekko pod górę to musiałem
zwalniać do marszu, trochę czułem też nogi wychodząc po schodach przy powrocie,
ale żadne większe osłabienie czy zakwasy mnie nie dopadły.
Podobno jednym ze sposobów na przejechanie maratonu jest szybko wystartować, utrzymać tempo i mocno zafiniszować. Z reguły to pierwsze przychodzi w miarę łatwo. Dalej już jest różnie… W Istebnej miałem obawy nawet o dobry start – czwartkowy sprawdzian pod zoo pokazał, że forma już nie ta. Do tego wcześniejsze doświadczenia z tą lokalizację nie wróżyły niczego dobrego…
Zgodnie z planem w sierpniu więcej posiedziałem na rowerze górskim. W każdym razie procentowo więcej… bo godzin za wiele w sierpniu się nie uzbierało. Wpływ na to miał ogólno-wakacyjny leń, jak również 5 startów (to chyba miesięczny rekord).
Po raz pierwszy zdarzyło mi się stanąć na pudle . Nie da się ukryć że frekwencja wyjątkowo nie dopisała, ale to dla mnie lepiej, że niektórym nie chciało się przyjechać . Mowa o I Karpackim Maratonie Rowerowym (Nowy Sącz - Myślenice), szczegóły w relacji.
W tym roku nic nie przeszkodziło mi w starcie w VII Maratonie Krakowskim (w kolarstwie górskim). To był już mój 6-ty start w tej imprezie, 5-ty na dystansie mega. Choć trasa była trudniejsza, a uzyskana średnia wyższa niż dwa lata temu, kiedy to ostatnio startowałem (21.8 kontra 21.1km/h) to zająłem gorsze miejsce (59. kontra 43.). Widać wyraźnie w takim dwuletnim porównaniu, że stwierdzenie że wszyscy jeżdżą coraz szybciej nie jest wyssane z palca. Wkrótce postaram się napisać troszkę więcej o tym maratonie .
Errare humanum est, czyli błądzić jest rzeczą ludzką. Tak zawody skwitował Robert dzięki któremu miałem zapewniony transport. I nie da się ukryć, że jest to bardzo celne podsumowanie, ale po kolei…
Maraton odbywał się na trasie z Nowego Sącza do Myślenic po świeżo wyznaczonym czerwonym szlaku karpackim. Część osób pewnie zniechęciło, że poza znakami szlaku nie było dodatkowych oznaczeń. Niezrażony tym faktem stwierdziłem, że będzie jak będzie, ale spróbować zawsze się można .
„Stromo, stromiej, Pętla Beskidzka” – po takiej zapowiedzi raczej nie było co liczyć na to, że będzie lekko. Sama lokalizacja w Istebnej raczej też przywodzi na myśl strome podjazdy, które mija(ło) się choćby jadąc na górskie maratony. Trochę obawiając się, czy wystarczy mi napędu (53-39 x 12-26) zdecydowałem się na debiut w wyścigu szosowym (tradycyjnie na dystansie mega, tym razem wynoszącym 156km).
W dniu maratonu wstajemy o nieludzkiej porze, ponieważ start już o 8:00 rano. Pierwszy widok to mleko za oknem, czuć również, że upału, to dziś nie będzie. Jedzenie, „strojenie się” i zjeżdżamy z RB oraz Marcinem na start.
Pod koniec maja w Lasku Wolskim odbyła się druga edycja Decathlon Bike Cup. Wyznaczona runda o długości 7,25km składała się z dwóch podjazdów (i dwóch zjazdów) – po jednym mocno wymagającym i jednym łagodniejszym. Uzyskane na rundzie przewyższenie 220m to naprawdę solidny wynik. Po przemnożeniu tego przez 5 rund dla kategorii Elita mogło wyjść więcej, niż na niektórych maratonach na dystansie mega (ale takie pseudo-maratony raczej omijam).
Znaleźli się maruderzy, że za dużo, że za trudno… zawsze można pograć w bierki . Wystarczy chwila, by sprawdzić, że na profesjonalnych imprezach XC właśnie tyle czasu co dzisiaj zajmuje pokonanie trasy.
Mi trasa bardzo się podobała. Choć uzyskany wynik (zostałem zdublowany i byłem przedostatni) nie jest raczej szczytem marzeń, to imprezę wspominam miło. Dopisała pogoda, a po zawodach można było się wygadać w gronie znajomych .
Następna edycja w drugiej połowie czerwca w Myślenicach – z pewnością trasa ponownie wyciśnie z zawodników resztki sił, oby tylko pogoda dopisała.