Dziś po obudzeniu się w końcu nie byłem obolały. Temperatura nawet niezła (11°C), więc zebrałem się na krótką przejażdżkę. Jednak już znosząc rower po schodach poczułem, że jednak mięśnie jeszcze całkiem wypoczęte nie są. Nie inaczej było, gdy wziąłem się za jazdę. Zmęczenie dawało się odczuć zarówno w nogach jak i w rękach oraz korpusie. Bieganie to zło .
Zgodnie z przypuszczeniami ostatnie dwa dni mijają pod znakiem zakwasów. Właśnie dlatego preferuję rower, bo nie dostarcza takich atrakcji.
Ciekawe, czy to kwestia niewytrenowania, czy jednak specyfika sportu. Lub innymi słowy, czy regularni biegacze cierpią na zakwasy po biegach, zwłaszcza w zawodach?
Podobnie jak parę lat temu przez parę lat przymierzałem się do Biegu Sylwestrowego, tak teraz od jakiegoś czasu obserwowałem Bieg Trzech Kopców. Wydawał mi się raczej zbyt długi aby porwać się na niego u końca sezonu rowerowego.
Sam nie wiem czemu, ale w tym roku dałem się namówić na udział (zwłaszcza przy zniżkowej opłacie startowej dokonanej z wyprzedzeniem ). Planowałem trochę potruchtać w ramach przygotowań, niestety plany rozbiegania się popsuło przeziębienie i zostałem zmuszony pobiec niemal z marszu.
Pogoda dopisała, nie było za zimno. Większą część trasy kontrolowałem tętno, żeby nie przekraczać 174bpm, bo jednak chciałem dotrzeć do mety żywy . I chyba słusznie, bo na Sikorniku miałem odczuwalny kryzys.
Finisz rozpocząłem na podbiegu pod parking przy kopcu. Nie sprawdziłem, że trzeba jeszcze obiec cały kopiec, co okazało się dość męczące po takim przyspieszeniu pod górę (max hr 194), ale jakoś się udało. Ukończyłem z czasem 1:10:36, gdzieś pod koniec pierwszej połowy, ogromnej, stawki (1942 osób na mecie) z bardzo znaczącą stratą do zwycięzcy; wynik szczegółowo.
Classic, bo nie licząc drobnych modyfikacji (głównie między Lasem Zabierzowskim a leśniczówką Kopce), trasę tą męczymy już ponad 10 lat. A ona niezmiennie męczy nas, choć niestety część polnych, szutrowych, a nawet o wapiennym podłożu dróg zdążyła się w tym czasie zamienić w gładkie asfalty. A ostatnio dwie drogi, kamienista i piaszczysta, w gładkie szutrówki.
Razem z Karoliną przejechaliśmy trasę bez zbędnego pośpiechu, jednak i tak – z racji na ukształtowanie terenu – tętno powędrowało parę razy dość wysoko. Nie licząc wiecznych błot w lesie przed Patrzółtowicami, było sucho, choć w powietrzu (i gardle) dało się wyczuć jesienny chłód.
Niestety w dolinie Racławki zjazdła mnie trema przed przyglądającymi się spacerowiczami i kamienny odcinek pokonałem wyjątkowo nieporadnie .
A w domu wyraźnie poczułem, że miała być wycieczka, a wyszedł wyryp .
Planowałem zebrać się na marszobieg, ale na planach się skończyło. Zachmurzone niebo za oknem, plus ciepła kołderka poskutkowały kolejnym wciśnięciem „drzemki”. A gdy wreszcie wygramoliłem się z łóżka nie było już czasu na nic dłuższego niż krótki truchcik.
Czyli lekki trekking na Wielki Stożek (979 m n.p.m.). Z pierwszych 1,5h szlaku z Istebnej urwaliśmy z Karoliną minimalnie ponad połowę. Z drugich 1,5h aż tyle urwać już się nie udało, ale i tak było sprawnie .
Zejścia alternatywne były dość okrężne, w związku z czym zeszliśmy tą samą drogą. W sumie wyszło około 15,5km w 3:20 (wg czasów ze znaków wychodziło 3+2,5=5,5h).
Nadal nie miałem ochoty na szybkie zdobywanie zoo. W zastępstwie postanowiłem się zmierzyć z podjazdem pod Przegorzały od strony Wisły (i przy okazji z takowym segmentem na Stravie).
Jak zawsze w takich sytuacjach zacząłem od podjechania podjazdu do ~160bpm. Stromą końcówkę, żeby zmieścić się w tętnie, jechałem 1:1 . Podjazd właściwy zacząłem całkiem sprawnie, jednak przed ostatnim zakrętem, po doświadczeniach z przejazdu próbnego, chciałem zredukować na młynek, ale nic z tego, spadło na suport. Udało się wciągnąć na blat, druga próba redukcji i znów to samo :[. No żesz uwzięło się. Tuż przed zatrzymaniem się udaje się jeszcze raz wrzucić na blat, ale rozkręcenie idzie słabo, choć jednak jest możliwe. Zupełnie niepotrzebnie próbowałem redukować . Mimo wszystko udaje się zamknąć całość w 2:00, co jest 3-cim czasem na segmencie .
Dawno nie podjeżdżałem pod zoo. W Istebnej będzie co podjeżdżać, więc warto sobie przypomnieć jak się to robi . W sumie też podjazdy pod zoo to był chyba pierwszy „specjalistyczny” trening jaki w ogóle robiłem. Podjazdy wyszły bardzo równo i o ile dobrze pamiętam z twardszego przełożenia niż ostatnio, choć nieco wolniej .
A po podjazdach, jak już byłem na górze, to pomyślałem, że można by sobie też przypomnieć jak się szybko zjeżdża (po korzeniach też). I zaatakowałem singla bikeBoardu w lasku na czas. Wyszło lepiej niż się spodziewałem, bo 5:21 (wcześniej miałem 6:10).