Tak się właśnie posypały wszystkie plany treningowe. Jeszcze rano wszystko było ok, lecz popołudniu znienacka zaatakował taki ból gardła, że żadne środki nie chcą go załagodzić. Zamiast treningu wpadła godzinna drzemka. Co będzie dalej to ciężko teraz wyrokować, nie wróży to jednak nic dobrego.
Stan zmęczenia od razu wskazywał, że o tempie nie ma co myśleć. W zastępstwie miał być tlenik z izolowaniem nogi planowany na środę. Zrobiłem rozgrzewkę, zacząłem izolowanie i już po minucie czułem, że to się mija z celem. Morderczy weekend, do tego jeszcze wczoraj 3h rzucania kręgli (niby nic, a jednak też weszło) i późne pójście spać (czyli firmowe wyjście integracyjne) – w efekcie wykonanie sensownego treningu było poza możliwościami.
Zostało więc zrobić krótki lekki tlen w niższych tętnach i dać sobie szanse na regenerację. Po rolce zrobiłem jeszcze gimnastykę na górę, na co brakło mobilizacji w poprzednich 2 tyg.… i dało się tą przerwę odczuć.
Nikt się tego nie mógł spodziewać! Najpierw Hanka, później Rysiek, a teraz napęd w zimowym rowerze! Nic nie zwiastowało problemów ze zdrowiem – jeszcze tydzień temu bez żadnych oznak słabości zniósł trening siłowy na podjazdach. Wczoraj ledwo parę razy zakaszlał, a dziś już nic nie dało się zrobić [*].
Podobnie jak tydzień temu wybrałem się w stronę Przytkowic i Radziszowa. Korzystając z pomysłu podsuniętego przez Pirxa w komentarzach u spinozy wydłużyłem dziś długość o 10min. Siła autosugestii zadziałała i te ostatnie 10min było zdecydowanie najcięższe . Tak serio, to jak skończyłem tyłek mnie tak bolał, że ledwo mogłem siedzieć i czułem go do końca jazdy przy każdym mocniejszym zakręceniu . Fajnie było sucho, słońce. Aż się ciężko doczekać przesiadki na krótkie ciuchy.
Średnie tętno z tempówki (1h10min) to 155bpm.
Spóźnione podsumowanie lutego
Umknęło mi przy ostatnim wpisie, więc pora nadrobić. Spędzone 42h to drugi wynik w historii treningów w tym miesiącu, choć troszkę podrasowany wliczeniem sauny czy gimnastyki, czego wcześniej – mając więcej czasu na ruch jako taki – nie wliczałem. Pokonałem w tym czasie 693km (wszystko razem, tj. rower, bieg i basen).
Prawie cały wyjazd w mżawce, dopiero na samiutki koniec przestało. Przez cały więc wyjazd miałem zapaćkane okulary co wybitnie pogarszało widoczność, a przy każdym pochyleniu głowy z kasku leciała woda jak w tytule . Ale koło 8°C, więc do przeżycia – na trenażer to już patrzyć nie mogę .
Mogło padać wczoraj, mogło jutro, ale nie! Musiało dzisiaj co oznacza, że nici z kręcenia tempa na zewnątrz. A na trenażerze wybitnie go nie lubię.
W związku z tym nie odważyłem się na wydłużenie czasu, zwłaszcza mając w pamięci, że tydzień temu zarówno tempówkę jak i cały trening kończyłem z mroczkami przed oczami. Przyjąłem dziś inną strategię wietrzenia pokoju w czasie kręcenia – zamiast lekko uchylonego okna i wiatraka postawiłem na otwarte drzwi balkonowe – i chyba było lepiej, przynajmniej tak się czułem, ale nie koniecznie zdrowiej dla kolan: były dość chłodne na koniec treningu.
Średnie tętno z tempówki 30min 153bpm (a może po polsku powinno być nie bpm a udnm – uderzeń serca na minutę? ).
Koniec lutego, to najwyższy moment, aby w menu treningów pojawiły się jakieś podjazdy (a jednocześnie najwcześniejszy moment, w którym da się taki trening zrealizować w naszych warunkach klimatycznych). Od paru lat mam do tego celu tą samą traskę, co pozwala na dokonywanie porównań i śledzenie postępów.
Trochę zmęczony po wczorajszej eskapadzie ruszyłem na trasę intensywnie rozważają machnięcie paru podjazdów pod zoo zamiast. Zmusiłem się jednak na skręcenie w przeciwnym kierunku i choć początek jechało się kiepsko, to na szczęście pierwsza hopka jako ostatnia szła bardzo topornie, bo dość dobrze przetkała i dalej już było lepiej. Podjazdy jechałem twardo do okolic progu, reszta w tlenie.
Miała być zwykła przejażdżka, trochę tlenu na rozgrzewkę i wychłodzenie z 1h tempem w środku, w sumie 2–2,5h. Ale tak mnie jakoś podkusiło, żeby wybrać się kapkę dalej, a do tego jeszcze trochę przeszkadzał wiatr, lekko pomyliły mi się drogi i suma summarum wyszedł dość długi trening. Zmęczyło mnie to w sumie całkiem konkretnie i ciekaw jestem, czy jutro dam radę zrealizować plan.
Z tempówki, 60min, średnie tętno 154. Trasa.
Treningi kadencji już mi się znudziły więc podobnie jak tydzień temu robiłem tylko izolowanie nogi, 3×5min ze zmianą nogi co 30sek. i przerwą między seriami 15min w tlenie.
I jakieś brzuszki na koniec dorzucone. Coś mi się widzi, że przysiadów w tym tygodniu już się nie uda wepchać.
Bo nie ma innego sposobu, by wyjechać tam w tlenie. Tak się dziś guzdrałem na rower, że jak wyszedłem, to zaraz mnie deszcz złapał. Z początku nawet nie było źle, ale potem zaczął się nasilać (a ja przemakać). I tak dużo uratowało mnie poubieranie się w windstopery, jakby nie to musiałbym zawrócić dużo wcześniej. Plan oryginalny (2h) zrealizowany nawet z małym naddatkiem, nie udało się co prawda nadrobić wszystkich brakujących minut z tego tygodnia, ale braki do planu 6,5h zostały zredukowane do minimum (parę minut). Trasa.