Cel wyjazdu trochę ewoluował w trakcie, ale ostatecznie zrobiliśmy pętlę przez Świątniki Górne, Myślenice, Sułkowice, Radziszów i Skawinę. Po drodze można już było zauważyć jak okoliczne wzgórza przystrajają się w coraz większą liczbę barw.
Jadąc przez Siepraw do Myślenic pokonuje się stromy asfaltowy podjazd, a przy nim „strzałkę” do źródełka bł.Anieli Salawy. Ciekawe ilu z Was zdecydowało się tam choć raz odbić i je zobaczyć. Sam muszę się przyznać, że choć jeżdżę tamtędy już parę lat, to dziś zdarzyło mi się to po raz pierwszy.
Po wczorajszym ociepleniu ani śladu, choć ubrałem się cieplej było mi chłodniej, a pod koniec nawet zimno, ale dziś na termometrze widniało tylko 9°C.
Zostawiłem troszkę mniej powietrza w tylnym kole i od razu na szutrowym zjeździe w lasku poszedł snake – taki konkretny, po 2×1cm. Dalej, podążając fragmentami trasy tegorocznego maratonu krakowskiego dotarliśmy do Brzoskwini. Tam ani mi ani Madzi nie chciało się dalej jechać, więc zawróciliśmy do Krakowa. Choć do pełnego objazdu trasy brakowało dość dużo, to i tak wróciłem strasznie zmęczony. Trasa na mapie wydaje się dość łatwa (sporo odcinków po asfaltach), a jednak mocno wysysa siły. Dokładając do tego niską temperaturę – mam wrażenie, że również nie pozostającą bez wpływu na odczuwane zmęczenie – do domu dojechałem na oparach.
Ostatnio gdy chciałem jak zwykle zjechać z Zelkowa do dol. Bolechowickiej żółtym szlakiem, na jego dotychczasowym przebiegu zaskoczył mnie teren prywatny (ogrodzony, a jakże!). Szlak co prawda odbijał gdzieś w prawo, ale kierunek w którym zmierzał był przeciwny do pożądanego. Z racji na późną porę eksperymenty zostawiłem sobie na inny dzień – wyszło, że dzisiejszy.
Razem z siostrą podążyliśmy więc z Zelkowa za żółtymi znaczkami. Jak to zwykle bywa, miejscami brakowało oznaczeń skrętów. Odcinek do pokonania nie był jednak długi, więc metodą prób i błędów udało się go przebyć. Nowy wariant jest całkiem niezły, niestety przyjemność z jego pokonywania na rowerze psują leżące co kawałek drzewa.
Celem dzisiejszego wyjazdu stał się Ojców. Dalej przemknęliśmy koło Jaskini Wierzchowskiej do Zelkowa, gdzie Madzia złapała gumę. Nie schodziło szybko, ale skutecznie. Przydał się nawet znajdujący się tam stawik dla kaczek aby znaleźć dziurę. Gdy już wydawało się, że problem został rozwiązany, dętka na koniec pompowania wzięła i z hukiem podziękowała za współpracę. Na pamiątkę została piękna 30cm dziura i lekki ból uszu .
Kawałek dalej spotkał mnie spory zawód, bo okazało się że jakiś prywaciarz wykupił teren, przez który biegł żółty szlak do dolinki Bolechowickiej. Nie znając nowego przebiegu szlaku, a też już trochę popędzani zniżającym się słońcem, nie eksperymentowaliśmy i zawróciliśmy na asfalt.
Dałem się dziś siostrze namówić na wspólny marszobieg. Choć tętno miałem od niej sporo niższe, to pewnie i tak jutro znacznie bardziej będę czuł zakwasy w nogach – w końcu część mięśni miała się dziś okazję poruszać pierwszy raz od bardzo dawna .
Zimno się kurcze zrobiło jak nie wiem co, albo ze mnie taki zmarzluch . Choć w ostatnich dniach sporo padało, to udało nam się z Madzią zrobić dość terenową przejażdżkę. Czyści to ma się rozumieć nie wróciliśmy . Ale tylko w jednym miejscu trzeba było się poddać i zawrócić, bo było zbyt dużo błota.
A odnośnie tytułu to pomijając psy które nas goniły, to mijaliśmy również psa niosącego upolowanego kurczaka, oraz pięknego aksamitnie czarnego kota (z czerwoną wstążką!) z jeszcze piszczącą, szarą, polną myszką w zębach.
Sorcerer's Apprentice, The
Wybrałem się na ten film licząc na dobrą zabawę i nie zawiodłem się. Choć został sklasyfikowany jako fantasy, przygodowy, akcja to sądzę, że nie będzie nadużyciem dodanie – komedia – różnych zabawnych scenek naprawdę nie brakuje.
Inspiracją do stworzenia scenariusza tej produkcji jest rzekomo jedna z części Disney’owskiej „Fantazji” (z 1940r.), w której tytułowym uczniem czarnoksiężnika jest Myszka Miki. Oczywiście scena ta, w uwspółcześnionej formie, również w filmie się pojawia. Z racji na wysoki budżet nie brakuje wszelkiej maści efektów specjalnych, dobrze pasujących do tego typu filmu.
Ostatni maraton w cyklu Suzuki Powerade MTB Marathon w tym sezonie. Choć to już koniec września pogoda szczęśliwie dopisała – dzień był ciepły i słoneczny, a w tygodniu poprzedzającym zawody opadów było niewiele . Na trasie można było w pełni cieszyć się ciekawą górską trasą (a nie mielić błoto ).
Od startu tempo było mocne (nadal utrzymałem się w III sektorze). Krakowscy rywale z kategorii M4 – Pirx i RB – szybko odjechali do przodu. Wciąż jeszcze odczuwałem skutki przerwy w jeździe spowodowanej chorobą, ale było już lepiej niż w Rabce. Ile mogłem tyle starałem się walczyć o utrzymanie każdej pozycji. Na pierwszym kamienistym podjeździe tylko wspominałem jak rok temu pokonywałem go niczym górska kozica. Tym razem wspinaczka była mozolna.
Razem z Madzią wpierw pokręciliśmy się po lesie zabierzowskim odkrywając nowe ścieżki, następnie chwila wytchnienia na przelotówce (przez dol. Brzoskwini) by na koniec znaleźć się jeszcze w Lasku Wolskim.
Słońce dziś starało się przypomnieć, że to jeszcze ostatnie dni lata .