Tak mnie antybiotyk złoił, że nawet najmniejszej ochoty na treningi podczas łykania go nie miałem. Nie czuję się jeszcze do końca pewnie z uchem (zresztą jeszcze mam je kropić), a dziś, jak to przy odwilży, aura za oknem szaro-buro-mokra.
Zmusiłem się wsiąść na trenażer… ale nudy.
Niebezpieczne związki czy nieszczęśliwa miłość? Tak się gołąb na gołębicę zapatrzył, że w ogóle mnie nie widział. Jak już byłem niemal na jego wysokości objeżdżając go bokiem, to nagle wziął i wbiegł pod koła . Poczułem tylko że po czymś przejeżdżam i usłyszałem jęk przerażenia jakiejś pani spacerującej po bulwarach.
Czapla siwa
Nie wiedziałem, że można spotkać takie ptaszysko w grudniu pod Krakowem. Stała sobie w strumieniu i wypatrywała jedzenia. Jak przejeżdżałem mostkiem, to się spłoszyła i poderwała do lotu.
Bażanty gęsiego
Ponoć się nie powinno, ale jednak zrobiłem sobie przerwę na batonika. Akurat ścieżka z drogi biegła w las, to wjechałem żeby nie stresować kierowców migającą lampką tuż przy drodze. Patrzę, a tam też patrzą – tyle że na mnie – dwa bażanty, po czym zaraz wzięły nogi za pas i dyg, dyg, dyg gęsiego zaczęły się oddalać, zerkając co i rusz w tył, czy czasem nie chcę ich przerobić na danie główne .
W końcówce jazdy dziś mnie chciało pokropić (wczoraj przytrafiło się to kolegom), ale na szczęście nie było to zbyt intensywne.
Tak długi trening w grudniu to niezła niespodzianka. Wszystko dzięki wyraźnemu ociepleniu. W terenie wciąż króluje zima i jechało się prawie dobrze. Prawie, bo jednak śnieg daje znacznie większe opory toczenia niż szuter/ziemia i wrażenie było, jakby zamek w Rudnie ktoś dalej przestawił, bo się do niego jechało i jechało.
Żeby zdążyć przed zachodem słońca, powrót zarządziliśmy asfaltem, co też dobrze zrobiło średniej prędkości . W końcówce to i ja i furman zaczęliśmy myśleć już raczej o ciepłym obiedzie niż chlapie pod kołami.
Fajnie było .
Jakoś nie chciało mi się dziś zbierać na rower, temperatura też nie była szczególnie zachęcająca, raczej taka na granicy i ostatecznie poszedłem biegać.
Ale chyba jakąś muzykę zacznę brać na bieganie, bo normalnie umrzeć z nudów można…
Tak mi się jakoś przypomniało to hasło, gdy z rana przejeżdżałem przez miasto, a spadające płatki śniegu podkreślone były oświetleniem ulicznym.
A dalej było jeszcze lepiej. Śniegu na polnych drogach póki co jest tyle, że bez problemów można przejechać, a zmrożony grunt pod spodem daje pewne podparcie. Ścieżka do toru póki co też tylko lekko przysypana, ale na MTB w pełni przejezdna.
Tylko szkoda, że zapylenie takie, że jak już przestał padać śnieg, to wciąż ledwo było widać budynki na drugim brzegu Wisły.
ICM nieraz się już mylił z prognozą temperatury, zawsze jednak prognozowali trochę mniej niż było na prawdę. Tym razem pomylili się w drugą stronę – z rana miało być -10°C i sprawnie się ocieplić, tymczasem było zależnie od miejsca między -11° a -17° .
W tej sytuacji pomysł wycieczki rowerowej upadł jeszcze szybciej niż powstał i zostało bieganie. W miłym towarzystwie poczłapaliśmy więc po Sikorniku i Lasku Wolskim.
A po powrocie zrobiło się nawet całkiem ciepło, między -3° a -6°C! Może uda się coś jutro pokręcić!
Ostatnie 3 dni, zupełnie jak niedźwiedzie w Tatrach, dopadł mnie sen zimowy. Notorycznie nie mogłem się wyspać, co w połączeniu z zajęciami dodatkowymi spowodowało, że na sport już za grosz nie miałem ochoty.
Ale koniec tego lenienia się, trzeba się coś w końcu ruszyć. Temperatura z rana lekko odstraszała od roweru (w mieście -4°C, za miastem -10°C), więc padło na marszobieg.
Ech chwilkę się człowiek poguzdra, i już go łapią ciemności i mgły .
Wybrałem się na starą trasę IC z zamiarem przeczłapania jej spokojnie i się udało – głównie dlatego, że wziąłem zimówkę a nie szosę i był większy zapas przełożeń pod górę . Trochę mnie zczochrały te górki, nie powiem. Dane z Garmina.
PS Zapomniałem dopisać przy listopadzie, że pokonałem 7918m w pionie, co jest 4. wynikiem w tym roku!
Jakiś dzień gonienia rowerzystów, albo co… dawno tyle psów nie goniło. A tak to nie ma co pisać, wożenie tyłka po okolicy; z paroma akcentami.
Podsumowanie listopada
Po bardzo leniwych wrześniu i październiku w listopadzie trochę się za siebie wziąłem. Trzeba było zrobić coś w stylu okresu przygotowawczego do treningu i to się udało. Wyszło 765km i 39h aktywności wszelakiej (i 7918m w pionie, 4. wynik w tym roku!).
Pogoda, nie licząc zalegających nad Krakowem mgieł i pyłów, była bardzo dobra – ciepła i sucha, stąd założony plan udało się zrealizować z lekkim naddatkiem. A dziś zaczęły się 3 najbardziej prze*** miesiące . Potem będzie już tylko lepiej.