Planowałem na Łączany uderzyć, ale ponoć co za dużo to nie zdrowo i zmieniłem cel na bliższy: Czernichów. Wraz z Dawidem pokręciliśmy bez pośpiechu, niby po dłuższej przerwie od roweru, ale całkiem sprawnie kręci. Miałem małą przewagę sprzętową jadąc szosówką (Dawid przesiadł się już na zimówkę), ale przypuszczam, że tylko taką i jak też się przesiądę na zimówkę to nie będzie zmiłuj. Dane z Garmina.
Kombinowałem coś, żeby odpocząć od krakowskiego smogu, a że pogoda jak na końcówkę listopada zupełnie dobra, to udało się wraz z RB zrealizować wycieczkę na przełęcz Wierzbanowską z rozszerzeniem o przełęcz Gruszowiec (DK28) i nie nazwaną przełęcz za Jurkowem (przez Wilczyce i Łętowe).
Okazuje się że dojazd do Wiśniowej z Myślenic, jest trochę bardziej górzysty niż z Dobczyc, ale na wykresie wysokości i tak wzniesienia te wyglądają jak zmarszczki, w porównaniu z dwuskładnikowym daniem głównym . Dane z Garmina.
Ponownie im wyżej tym większa mgła, ale okazuje się, że są też tego plusy – koniec listopada, ranek, a na termometrze 7°C (aż sprawdziłem dwa razy czy jeszcze nie śpię).
Z tej okacji trochę dłuższą pętelkę zrobiłem, tak się dobrze jechało . Nie wspominając o zostawieniu zimowej kurtki i ochraniaczy na buty w domu.
Nie znalazłem wczoraj towarzystwa na wieczorne bieganie, a też jakoś wyjątkowo głodny byłem, więc zjazdłem kolację i pobiegałem tylko kursorem po ekranie. Za to dziś zamiast laby trzeba było się zebrać coś poruszać.
Nie chciało mi się tak zasuwać jak ostatnio, więc tym razem tlenik (z małym 6-minutowym wyjątkiem na tempo).
Rano przejrzystość powietrza była – jak mawia RB – rewelacyjna gdyż widać było budynki po drugiej stronie ulicy. Mimo wszystko generalnie znów nad miastem wisiała mgła, tyle że trochę rzadsza. Próbowałem wyjechać gdzieś wyżej by wyjrzeć ponad nią, ale nie było to jednak wystarczająco wysoko, bo mgła tylko zgęstniała.
W terenie już niestety coraz więcej błota, mimo wszystko łatwiejszymi ścieżkami udało się całkiem przyjemną wycieczkę zrobić. Zgodnie z planem ruszyliśmy z RB gdy słońce zaczęło przebijać się przez mgłę i towarzyszyło nam ono przez większość wycieczki. Nawet całkiem ciepło się zrobiło.
Koszmar z tymi mgłami. Nawet koło południa nie raczyły się nic podnieść, choć wcześniejsze dwa dni w pracy słońce coś tam przeświecało przez chwilkę (no ale po co by w weekend miało być ładnie). Nie wiem, czy to rozsądne było wybierać się na taki syf (jeszcze uwzględniając do tego jakość powietrza – normy przekroczone 4x-10x), no ale mimo wszystko się wybrałem. Wróciłem z mieszanymi uczuciami…
Tym razem po płaskim, ale za to cały dystans biegiem (pod warunkiem, że ktoś nie jest zwolennikiem, że bieganie zaczyna się przy tempie lepszym jak 4min/km).
Kolejna tej jesieni intensywna wycieczka w Beskidzie Małym, choć tym razem na szosówkach. Razem z MT i RB wykorzystaliśmy dzisiejsze ocieplenie i śmignęliśmy przez przeł. Kocierską, wyspindraliśmy się na górę Żar by na koniec przejechać przez przeł.Przegibek (z Porąbki przez Wielką Puszczę).
Marek zdawał się ignorować wiatr, a mi zostało walczyć o utrzymanie się na kole (za RB wypowiadać się nie będę, bo nie wiem czy on walczył, czy jechał sobie tlenik).
Podjazdy jakoś stromsze niż w sezonie, ale warto było. Piękne kolory jesieni, zwłaszcza widok na zbocza doliny porośnięte lasem w jesiennych barwach, ze szczególnie podkreślonymi przez słońce zżółkłymi liśćmi podczas podjazdu na Kocierz , widoki na ośnieżoną Babią z okolic Żywca i ogólnie piękne, choć sztuczne (przecięte zaporami) krajobrazy powinny naładować akumulatory rowerowego entuzjazmu przed nadchodzącą zimą.