Niektórzy twierdzą, że południowe dolinki to nie-dolinki, ale fajnie było się przejechać przez Wąwóz Kochanowski, Dolinkę Brzoskiwini, Wąwóz Półrzeczki oraz Dolinkę Mnikowską (oba wąwozy wyraźnie ciekawsze niż dolinki). A zbliżająca się jesień powinna jeszcze dać szansę, żeby tu ponownie zajrzeć .
Niestety z racji na ograniczenia czasowe dojazd i powrót zrobiliśmy w wersji asfaltowej (stąd taka średnia ).
Dzień już krótszy, temperatury niższe, do końca sezonu niewiele ponad miesiąc to i na trening ciężej się zebrać. Koniec końców jednak pojechałem, tyle fajnie, że prawie pełnia była i blask księżyca oświetlał nocny krajobraz.
Wycieczka z Karoliną po tej samej co rok temu trasie (wtedy z Mikim), start z Kościeliska, podjazd pod Głodówkę, przejazd przez Jurgów, podjazd w Czarnej Górze, przejazd przez Trybsz i Łapsze do Niedzicy, odjazd wiodący szosą przez Pieniński Park Narodowy, zjazd do Krośnicy i kawałek główną drogą. Znów przez Trybsz, to Białki i Bukowiny Tarzańskiej, zjazd do Poronina, podjazd pod Ząb, zjazd do Chochołowa i na deser podjazd przez Dzianisz na pasmo Gubałówki, z którego zjazd do Krościenka. Trasa na mapie – start/meta w Kościelisku, kierunek przeciwnie do wskazówek zegara.
Trasa przejechana z podobną intensywnością jak rok temu, za to wyraźnie szybciej. Pare minut z pewnością odpadło na błądzenie, bo coś tam jeszcze pamiętałem. Ale większość chyba na podjazdach i odcinkach przelotowych, zresztą na segmentach na stravie widziałem, że czasy na podjazdach lekko schudły .
Długie, bo aż do Tyńca, a nie jak to ostatnio bywało tylko do toru. Wybitnie krótki czas dojazdu do toru wyjaśnił się na powrocie – w pierwszą stronę mieliśmy z wiatrem.
Przez chwilę miały być dzisiaj podjazdy, ale na sobotę mam w planach trochę metrów w pionie, więc tempówka wydała się lepszym wyborem. Mimo wolnego dnia jakoś niezbyt mogłem się zebrać, ale popołudniowe słońce ułatwiło ten ruch . W końcówce lekko nie było, ale udało się ukończyć zgodnie z planem.
Wieczorny tlenik do Niepołomic z Karoliną. Powrót dawno nie pokonywaną trasą, nie pamiętałem gdzie się skręca od asfaltu, więc odcinek po szutrze , a dalej i tak gdzieś pomieszałem zakręty i przez jakiś czas nawet niezbyt wiedziałem gdzie jestem, po za tym, że poruszam się w stronę domu .
Wprost niewiarygodne: drugi z wakacyjnych maratonów (po Piwnicznej w lipcu) i drugi raz załamanie pogody z 25–30°C na 12–14° plus deszcz. Z zeszłego roku miałem jednak całkiem niezłe wspomnienia (długie). A i ostatecznie w dniu maratonu prognozy się poprawiły i dość intensywna mżawka w rejonie startu ustała wraz z ruszeniem dystansu MEGA. Było mokro i mgliście, ale na głowę się nie lało.
Początkowe, jeszcze asfaltowe metry, pierwszego podjazdu zacząłem spokojnie, aby uniknąć przytkania jak rok temu. Na stromym odcinku znów było za ciasno, aby walczyć o wyjechanie, ale dalej czekał jeszcze długi, równy podjazd na którym można było powalczyć. Na nim zauważyłem w oddali, choć skrytą pod kamizelką, zieloną koszulkę Wojtka, która o dziwo nie znikała w sinej dali tak szybko jak to ostatnio bywało. Kolejne osoby odpadały, a mnie dzielił coraz mniejszy dystans. Jeszcze większe zdziwienie, gdy w końcówce podjazdu doganiam też UMaćka i Janka. Trochę nie wiem, czy to mi się tak dobrze jedzie, czy im słabiej. W orientacji nie pomaga też wybitnie letnia (niska) frekwencja, ale w sezonie urlopowym i przy takich prognozach pogody nie ma się co dziwić.
Krótka przejażdżka przez Sikornik w ramach rozruchu przed jutrzejszym maratonem (dlaczego te prognozy są aż tak złe?! ). Lekko żeby się nie zmęczyć, ale z odrobiną terenu celem sprawdzenia ostatnich przed-maratonowych zmian w rowerze Karoliny.
Ze względu na wyjątkowo błotnisty sezon rower MTB częściej czekał na serwis niż nadawał się do jazdy. Pasowało więc skorzystać coś z panującej w ostatnich dniach suszy i wyskoczyć do Lasku. Objechałem wreszcie nowy odcinek „singla” (oj, skręcać, to ja nie umiem ) i w końcu przełamałem się do zjechania poniedziałkowym dołem (od upadku jesienią zeszłego roku miałem tam zupełną blokadę).
Średnie tętno niby wyszło niskie, ale kilka stromszych podjazdów dość wyraźnie weszło w nogi.
Podkrakowska impreza o całkiem długiej tradycji rozgrywana dzięki zaangażowaniu Centrum Kultury i Promocji w Michałowicach. Drugi rok z rzędu impreza odbywała się w miejscowości Wilczkowice (wcześniej były to Michałowice w sensie miejscowości, a nie powiatu). Nie jest to oczywiście górska impreza, nie ma nawet dłuższych podjazdów jakie można było spotkać na maratonie krakowskim (choć na mecie niektórzy strasznie narzekali na ilość podjazdów ); dominują polne i asfaltowe drogi przeplatane ścieżkami po lasach.
Po paru-letniej przerwie wróciłem w tym roku na trasę tej imprezy. Pogoda dopisała (aż za bardzo ) i trasa faktycznie pyliła – cały tydzień po +30°C swoje zrobił . Na starcie ustawiłem się niestety dość z tyłu i na pierwszym wzniesieniu starałem się to naprawić. Jak się okazało, nie był to najlepszy pomysł, wysoka temperatura, późne śniadanie, tętno które dobiło do 191bpm i na 5km złapałem zgona. Przez następne 9km powłóczyłem jedynie nogami by jakkolwiek (niestety niespiesznie) przemieszczać się do przodu .