Wybrałem się na PnR. Udało się poznać kolejny ciekawy zjazd i zjechać takie które do tej pory tylko raz w życiu pokonywałem… i to na ledwo co złożonym rowerze. Ogólnie wartościowy wyjazd.
Co ciekawe mimo zmiany skoku widelca (i ogólnie jego wysokości) w zasadzie tego nie odczułem różnicy . Może to dlatego, że w zimówce jeździłem z takim samym skokiem, a od niedawna również identycznie szerokiej kierownicy.
Jedyną „glebę” zaliczyłem na podjeździe. Ale to jak bezdętki trzymają na podjazdach to jest magia.
Pagórki w wersji długiej w towarzystwie Jacka3d i Greg'a z forum. Pogoda zupełnie nie zachęcała do jazdy, pochmurno i 1°C. Towarzystwo na podjazdach nie miało weny na deptanie, więc troszkę na nich czekałem na górze (co lekko obniżyło średnią), ale za to było z kim jechać drugą, tlenową część treningu.
Na podjazdach nie ma co ukrywać, że nóżka była trochę podcięta po minionym tygodniu. Mimo to miłe zaskoczenie, bo suma czasów podjazdów taka sama jak dwa tygodnie temu, kiedy w piękny słoneczny dzień jechaliśmy mocniejszą grupą, a tętna wyskakiwały chwilami wyżej niż powinny .
Za Krzeszowicami dopadła nas śnieżyca i zmoczyła drogę. Ciuchy mokre, rower brudny . Trasa i inne wykresiki (domyślnie w milach, zmiana w prawym górnym rogu).
Zakończyłem dziś ostatni tydzień podstawy 3, plan 13h zrealizowany w 100% (i w całości na rowerze). W całych trzech tygodniach też blisko (97%). Teraz tydzień zasłużonego wypoczynku, a potem… maraton . To już!?
Znów wiało jak diabli i całą pierwszą połowę to była walka z wiatrem. Powrót generalnie trochę lepszy, ale się zachmurzyło i tak średnio przyjemnie było. Czułem jeszcze trochę nogi po treningach z tygodnia, ale nie ma że boli, trzeba jechać swoje .
A dlaczego „niby”? Tętna wchodziły jak powinny, ale prędkość średnia gorsza niż Dawid robi w tlenie. Wciąż wolno i wolno. Nie wiem czemu mi się ten rower tak toczyć nie chce. Tak się przez ten rok przerwy zleszczyłem, czy co?
Bo „tlenikiem” ciężko nazwać ponad 3h trening . Szczęśliwie udało mi się wyciągnąć Mikiego na rower, więc było towarzystwo do rozmów Przy takim czasie treningu samemu mogłoby być trochę nudne się dotleniać .
No bo jak inaczej nazwać dymanie do góry 10 razy, nawet jeśli tylko po 2,5min?
Niestety zmęczenie (pozasportowe) było dziś lekko odczuwalne, ale nie przeszkodziło w wykonaniu treningu zgodnie z założeniami, choć wciąż „bez szału” .
Dość późno dotarłem do domu i nawet czas letni nie pomógł, aby przynajmniej zacząć trening za dnia. Wyzbierać było się wyjątkowo ciężko, bo przywykłem już do jeżdżenia w świetle słonecznym .
Gdy już w końcu się zmobilizowałem, to nawet nie było tak źle: dość przyjemne, rześkie i przejrzyste powietrze, nie całkiem zimno oraz prawie pełnia przy tylko pojedynczych chmurach sprawiająca, że noc nie była aż taka czarna. I jeszcze Mikiego po drodze minąłem .
A wczoraj skończyłem składać rower startowy, pasowałoby go coś potestować, ale jeszcze nie wiem kiedy .
Sójka to byłoby Intercity w porównaniu z tym jak się zbierałem . Gdy w końcu wyszedłem, to nie minęły 3min jak dostałem wiatrem ze śniegiem w twarz – świetny początek, nie ma co. Nawilgłem, zrobiło się chłodno i poważnie rozważałem machnięcie najwyżej paru podjazdów pod zoo zamiast stałej trasy. Zwłaszcza, że jakoś ociężale szło mi kręcenie.
Bez większego entuzjazmu zbliżałem się do pierwszego stromszego wzniesienia licząc na rozruszanie tętna i poprawę nastroju. W międzyczasie miejsce śniegu zajęło rozjaśniające się niebo. Podjazd mozolnie, ale rozkręcił tętno i zrobiło się cieplej . Do tego promyki słońca trochę podsuszyły zwilżone wcześniej spodnie i rękawiczki.
Na 5-10-15 było już całkiem znośnie, a odcinek krajową 79 to oślepiające wręcz słońce odbijające się na mokrej jezdni (i 1°C powyżej zera na tamtejszej tablicy meteorologicznej). Dalej kolejno Nielepice, radary, Chrosna i Sanka. W sumie 31min 51sek podjazdów, o 2:40 wolniej niż tydzień wcześniej na szosówce, o 1:40 szybciej, niż miesiąc temu na tym samym rowerze.
Pogoda trochę pokrzyżowała plany (12h) na ten tydzień i udało się pokręcić tylko 10,3h. Najważniejsze treningi udało się mimo to zrealizować w 95%, więc nie jest źle.
Trasa i tętna (można powiększyć wykres tętna w prawym górnym rogu, niestety dane nadal domyślnie w milach a nie km) lub tu.
Startówka
Są już nowe hamulce (-15g) oraz klamki hamulcowe (-36g). Tylny nawet działa, niestety okazało się, że nie mam więcej pancerza w domu, co wyraźnie mnie zniechęciło do dalszego składania. Przykręciłem więc jeszcze tylko nowe pedały. Stare Exustary miały luzy i wymagały co parę maratonów (czyt. po tych błotnych) zaglądania do nich i smarowania. Nowe jak na Shimano są naprawdę bardzo lekkie, choć i tak +22g cięższe od starych. Ciekawe, czy mimo takiego spadku masy uda im się utrzymać równie wysoką żywotność jaką cieszą się 540-stki. W każdym razie z racji że są łożyskowane obustronnie (żadne ślizgi) to powinny się lżej kręcić .
Ulewa za ulewą, a w każdy razie deszcz z solidnym wiatrem, przeplatane chwilami pochmurnego nieba. Sprawy na mieście, potem jakiś obiad i zrobiło się późno. Nie było już co wybrzydzać tylko lecieć na rower. Nie udało się wstrzelić w odpowiednio dużą dziurę między deszczami i trochę mi dolało.
Zrealizowałem plan minimum – danie główne dzisiejszego treningu, czyli tempówki interwałowe 4×10min. Z racji, że pod koniec 3-ciej zaczęło zacinać deszczem ze śniegiem (i okazało się, że w tych warunkach nawet windstoperowe spodnie nie izolują od warunków zewnętrznych) postanowiłem zrobić treningu tempa tyle, ile wyjdzie (wyszło 20min, tydzień temu było o 10 więcej) i wyciąć rozjazd w tlenie. Minut brakło więc sporo do 2h, ale z pewnością lepsze to niż nic .
W ramach zrelaksowania mięśni 0,5km na basenie (w 23min), bo więcej mi się nie chciało. Miałem jeszcze gimnastykę zrobić, ale jakiś taki zamulony wróciłem, że na nic nie miałem już sił.
Największym wyzwaniem jazdy, było zebrać się na pokapujący deszcz, świszczący wiatr i zapadający zmrok. Szczęśliwie nie tylko mi ciążył w planie dzisiejszy trening i pokręciliśmy z Hińczykiem. Niewiele mniejszym problemem było dobranie garderoby – postawiłem na trochę za ciepłą, ale nie było pewne co nas spotka na trasie.
O tlenie to specjalnie nie ma za wiele co pisać – ot takie sobie kręcenie. Choć minął nas autobus z którego wylewali się dość osobliwi pasażerowie. Na jednym przystanku typowa wiejska baba, która od razu zaczęła dysputy słyszalne na pół wsi i tylko brakowało jej do pełni obrazu „kury pod pachą lub kozy na sznurku” jak ją podsumował Hinol. Na kolejnym za to koleś którego zobaczyliśmy dopiero niedaleko przed sobą w świetle lampek w pozycji na czworaka na środku drogi walczący z grawitacją (ubrany na czarno, a jakże).
Trasa, która zimą zajmowała 2,5h teraz minęła trochę szybciej, ale jak na panujące warunki minus w stosunku do planu treningowego i tak jest całkiem akceptowalny . Oby w weekend było jak pokręcić.
Startówka
A tak to przyszła paczuszka z nową oponą, bo się tubeless na tyle jakoś szybciej starł niż opona dętkowa, inna sprawa, że na oponach uniwersalnych to jakieś 80% tras się śmiga (pozostałe 20% na błotnych). Z racji że jest to najlżejsza przednia opona używana w rowerze startowym z wagi sumarycznej odpada kolejne 26g, łącznie już -203g, więc jest szansa końcowo wyjść na 0 (bo będą też dociążenia…).
Wtorek zrobiłem trochę lżejszy niż tydzień temu, ale zbyt wiele nie wpłynęło to na tętno maksymalne. Nie mogę jednak narzekać, bo na kolejnych powtórzeniach tętno ładnie wkręcało się na wysokie obroty, nie chciało jedynie iść na najwyższe.
W zeszłym tygodniu pierwszy podjazd był najszybszy, a pozostałe 5 równe, dziś za to pierwszy i ostatni były równie szybkie, a pozostałe 6 w środku takie same. Fajnie, że tak równo się kręcą, choć trochę szkoda, że HRmax taki niski (dzięki pociśnięciu ostatniego podjazdu na maksa udało się uzyskać 181, o 2 więcej niż tydzień temu)… choć jak sprawdziłem, to w środku sezonu dwa lata temu wcale dużo wyższych tętn nie miałem, tylko tak mi się ubzdurało .
Czyli szybki wypad na niezbyt szybką jazdę po lasku. Był to pierwszy raz wyjazd w teren w tym roku, póki co niestety, wciąż na zimówce. Powinien być trening techniki, ale wyszła zwykła przejażdżka z paroma korzeniami i unikaniem co stromszych podjazdów.
Spotkałem ekipę PnR, która zaczęła jazdę trochę wcześniej niż ja. Okazało się, że moja zimówka potrafi zjeżdżać lepiej niż się tego po niej spodziewałem . Podjazdu nie próbowałem, bo brak młynka (czyli najlżej 29x28) to dla mnie za twardo jak na obecną porę sezonu. A zresztą trening podjazdów będzie jutro (chyba ).