Za jednym zamachem poszły trzy rzeczy: testy (zmian) sprzętu, trening techniki i wytrzymałości startowej. Jednocześnie pierwszy raz od bardzo dawna wybrudziłem startówkę nie na zawodach .
Najpierw dwie „rundki xc”1 po lasku, o długości około 6km i przewyższeniu 240m. Na pierwszej trochę odświeżałem sobie dawno nie jeżdżoną trasę, a na drugiej już pełny ogień, stąd:
1. czas 26:24, HRavg 161, HRmax 182
2. czas 23:32, HRavg 172, HRmax 188
A potem jeszcze troszkę luźnej jazdy po lesie – jeszcze raz na górę i szlakiem dookoła.
PS Zaobserwowałem, że im bardziej kręta i zalesiona trasa tym Garmin bardziej zjada pokonany dystans, względem licznika z dobrze ustawionym obwodem (zresztą na długich szosowych trasach, o małej liczbie zakrętów dystans wychodzi zgodny). Na przykład ww. testowa runda skurczyła się z 6,3km do 5,7km, również okrążenia na TdUEk miały wg Garmina tylko po 1,6km, podczas gdy realnie co najmniej 1,8km.
w kwestii charakterystyki, nie żeby odbywały się tam jakieś zawody ↩
Tak, to nie pomyłka. Dopiero pierwszy raz w tym roku udało się przekroczyć dystans 100km. Ruszyliśmy w 4-kę (Ila, Ewa, Kamil, ja), ale panie uciekły już w Czernichowie z powrotem na Kraków.
Trasa adekwatna na Boże Ciało, czyli Wadowice i Kalwaria Zebrzydowska.
Miejscami szosy obsypane płatkami kwiatów po procesjach: w Liszkach jeszcze pachniało, w Kamieniu już nie, ale najciekawiej w tym kontekście wyglądały Łączany, gdzie droga obsypana było i owszem, całkiem obficie ale... sianem! Nie wiem o co chodziło
Choć jazda spokojna, to po tych wszystkich przerwach tętno i tak leciało w strefę tempa na wszelkich wzniesieniach. Nie złapał mnie żaden kryzys, jedynie pod koniec byłem trochę obolały, bo odwykłem już od tylu godzin na rowerze. I jak wróciłem, to sobie 1,5h drzemkę uciąłem . Nie tak sobie wyobrażałem formę na czerwiec .
Szczegóły i mapa. Odcinki od Czernichowa do Wadowic oraz objazd wzniesienia wokół Polanki Hallera biegną bocznymi drogami o gorszej nawierzchni, choć w pierwszym wypadku wynagradzają to trochę widoczki (a w drugim nie miałem ochoty na podjazdy już ).
Rano gardło i nos nie pozostawiają złudzeń, że coś mnie łapie, a w zasadzie już złapało. A skoro tak czy siak złapało, to czemu by mimo wszystko nie spędzić tego dnia w miłym towarzystwie – na zawody się wybrałem (dojazd i powrót połączone jako jeden wyjazd).
Na miejscu okazuje się, że w tym roku ściągają duble, a obsada w kategorii Elita mocna, więc szanse na dłuższe pojeżdżenie średnie. Do tego aż 12 kółek (po ~1.8km).
Dość szybko, bo na 8. okrążeniu dubluje mnie późniejszy zwycięzca – Adrian Rzeszutko. Siłą rozpędu przejeżdżam jeszcze jedno, po czym dociera do mnie, że pasuje zejść. Może i można by dokręcić do mety, ale samopoczucie też średnie, jazda mało dynamiczna, więc nie ma to sensu (choć spinoza tak zrobił ). Tętna też jak na typ wyścigu nie za wysokie.
Jakoś tak niespecjalnie się dziś czułem i niezbyt mi się chciało w ogóle jechać. Pogoda jednak niezła i ostatecznie się wybrałem.
W Kryspinowie zrobiłem sobie przerwę i miałem spore wątpliwości, czy jechać dalej, czy zawrócić. Najchętniej to bym się wyłożył na leżaku do słońca i przeteleportował następnie do domu . Ostatecznie zjadłem batona i poturlałem się dalej, by zgodnie z najbardziej optymistycznymi założeniami nt. trasy zawrócić dopiero w Rybnej.
Jutro TdUEk. Bardzo fajna impreza, ale jakoś tak się pechowo składa, że znów jadą na nią bez werwy i bez formy (lub na odwrót).
Kolejny dzień po biegu, a ja nadal czuję się „połamany”. Najwyższa pora przejść w inny stan i mimo skromnych zasobów czasowych wyskoczyłem na Sikornik i do Lasku. Podczas dojazdu zachowanie serca nie odbiega od odczuć – są kłopoty z wkręcaniem się na normalne tętna.
Na trawersie przez Sikornik trafiłem na jakiegoś zawalidrogę, a jak go wyprzedziłem, to nagle zaczął mnie popędzać – nie wiem o co kaman , ale tam tak czy siak tętno się rozkręca i dobiłem do 181 licząc na przepalenie. Przed wjazdem do Lasku spotkałem PnR i ile mogłem tyle się z nimi pokręciłem, nie oszczędzając się zwłaszcza pod górę, po czym pognałem czym prędzej asfaltem do domu.
Ani wczoraj, choć to jeszcze był weekend, ani dziś nie miałem nawet siły spojrzeć na rower. Złapały mnie zakwasy mięśni z których istnienia nie do końca zdawałem sobie sprawę . Nie sądziłem, że niespełna 20min biegu (choć owszem, z oszałamiającym średnim tętnem) może doprowadzić do takiej destrukcji .
Jednak sen i spokojne śniadanie to trochę za mało aby wypocząć po wieczornej jeździe. Plany były trochę ambitniejsze, ale czułem, że nie ma co się ze sobą szarpać i ograniczyłem się do lekkiego tleniku.
A popołudniu wziąłem udział w firmowym biegu na 4,5km. Poprawiłem tegorocznego HRmax'a na 195 . Szczegóły biegu przy czym lapy na kółkach „wciskały się” same, żeby ktoś nie myślał, że chciało mi się je tak klikać .
Wybrałem się zobaczyć jak wygląda krakowska trasa IC. Już na pierwszym wzniesieniu oczywiście odjechały mi zarówno pierwsza jak i druga grupka. W gruncie rzeczy tego się spodziewałem – 3 tyg. przerwy w treningach swoje robi, a nawet jeżdżąc regularnie nie wiem jakby było .
Niestety niezbyt przyłożyłem się do zapoznania z przebiegiem trasy na mapie, a oznacznie… podobno w zeszłym roku jakieś było . Poczekałem więc na kogoś ze znajomością trasy i tak w sumie całą przejechałem. Wcale to jednak nie oznacza, że było wolno. Wręcz przeciwnie, jazda była szybka i mocna: z samej pętli wyszło: 42km i 29km/h (przy przewyższeniu ~750m) i średnie tętno 168. Z ciekawostek, to średnia kadencja 85 – na podjazdach raczej młynkowanie niż przepychanie.
Szczegóły, przy czym lap wciśnięty był trochę za wcześnie, bo przed startem ostrym.