A tak dokładniej, to niespełna połowa podjazdu pod zoo, bo w 2,5min (od Baby Jagi) tylko tyle jestem w stanie zrobić. I tak 10 razy… ałć.
Dziś jeździło mi się dziwnie. Tętno kręciło się cały czas średnio, za to nogi to tak w kratkę. Dobrze wypadły podjazdy 1, 2, 6, 10 (raz że ostatni, dwa, że w towarzystwie Mikiego, który dopiero zaczynał). Z pozostałych niektóre to wręcz tragiczne. No ale za to jaka radość po :].
Później niż chciałem, ale udało się zebrać na rower. Widząc godzinę wyjazdu sądziłem, że zawrócę wcześniej, ale tak dobrze się kręciło, że jednak zrealizowałem pierwotny plan dotarcia do Krzeszowic. Od zimy zdążyły się jakby trochę przybliżyć .
Miał być rozjazd, ale tak późno wróciłem z pracy że nie miało to żadnego sensu. Dobrze, że dojeżdżałem na mieszczuchu – marne, ale zawsze to jakieś pokręcenie.
Na zawody wybrałem się chyba głównie pchany ciekawością czegoś nowego, bo równie dobrze mogłem wybrać odbywające się dzień wcześniej XC w Lasku Wolskim. Tym razem chodziło głównie o danie z siebie więcej niż na zwykłym treningu. W związku z brakiem stricte sportowego celu (jak również utratą towarzysza wyjazdu, który zamiast walki z trasą toczy walkę z zarazkami) miałem lekką chwilę zawahania, gdy o 6:20 zadzwonił budzik. Ostatecznie po kwadransie walki wewnętrznej zwlokłem się spod kołdry. Później, w obawie o zdążenie ze wszystkim na czas, zawracałem głowę mandraghorze o odbiór mojego numeru startowego.
W planie była aktywna regeneracja, ale byłem tak zmięty, że nie miałem na nic ochoty. W ramach pasywnej regeneracji poszedłem (czyt. padłem) spać 1,5h wcześniej niż zwykle i to przed dniem wolnym .
Jadąc na podjazdy obawiałem się, czy w ogóle dam radę wykonać zaplanowany trening, a nawet jeśli tak, czy nie będzie to straszna męczarnia. Na odcinku dojazdowym tętno ledwo dobijało do 120, podczas gdy normalnie bez większych problemów osiąga 140, a pierwsze wzniesienie to ledwo 136 uderzeń w miejsce ponad 145.
O dziwo pierwszy podjazd poszedł jako tako, drugi nawet lepiej i bez problemu wykonałem cały trening, noga kręciła się zupełnie dobrze. Oczywiście w takiej sytuacji nie patrzyłem na cyferki na pulsometrze tylko oparłem się na własnych odczuciach co do intensywności, bo choć ja robiłem mocne podjazdy, to tętno jedynie średnio–intensywne tempówki .
Dziwna sprawa, bo z reguły wraz z niskim tętnem nie było również sił w nogach .
PS Bardzo niska średnia kadencja wynika z 5 minutowych przerw między podjazdami podczas których sobie leciutko (i niezbyt prędko) kręcę.
Dzisiejsza jazda zdaje się potwierdzać wrażenia po maratonie – co prawda kręciłem lekko, ale i tak czułem się nad wyraz rześki jak na rozjazd. Do tego stopnia, że zafundowałem sobie nawet króciutkie sprinty (5–10sek.).
Przed samym maratonem zafundowałem sobie bonusową dawkę stresu, gdy 15 min. przed startem zauważyłem brak numeru startowego. Szybki sprint w celu zdobycia kluczyków i dotarcia do auta, dzięki czemu, gdy ogłaszane jest zamknięcie sektorów startowych, udaje mi się w ostatniej chwili wejść (do wywalczonego w zeszłym roku, na jedynym starcie w Krakowie), III sektora. Mimo to do sygnału startu tętno zdążyło spaść do poziomu 116bpm – gdzie się podziało przedstartowe pobudzenie z zeszłych lat?
Zwyczajowo przed ważniejszymi zawodami zrobiłem sobie test pod Zoo. Ciekaw byłem dyspozycji po dotychczas zrealizowanych treningach. Uzyskany rezultat 6:22 jest lekko poniżej oczekiwań, ale jednak wpływ rocznej przerwy na dyspozycję wczesno–wiosenną jest większy niż się spodziewałem. Przeglądając historię swoich podjazdów widzę, że w tym roku wyraźnie tąpnął czas z okolic połowy kwietnia.
Na pocieszenie pozostaje troszkę lepsza masa startowa niż ostatnio, choć nie do końca, bo wciąż jeszcze czuję, że nie ma tej siły co wcześniej (brakuje „depnięcia”), więc nie koniecznie zeszło to co powinno. W efekcie podjeżdżałem wyjątkowo miękko jak na siebie. A do gór już wcale nie tak dużo czasu!
PS HRmax 184, choć wiem że potrafię wyżej to, jak na razie, nie jestem w stanie.
Żadnej jazdy dziś nie było, ale jednak pokręciłem na mieszczuchu do/z pracy, czyli dwa razy po 30min. Nie wiem, czy to podpada pod aktywną regenerację, ale wyszedłem na tyle późno, że już na nic sił ani ochoty nie miałem. Najgorzej, że jutro i w pt. ma padać .