Wyjazd z PnR. Po długiej przerwie wybrałem się oczywiście ze spokojniejszą grupą. MiśQ mnie namawiał do dołączenia do „koksów”, ale nie wiem, czy bym tylko nie oglądał jak inni zjeżdżają .
Tętna pod górę nieźle szalały, co i rusz 170 przekraczałem (maks. 181), a z autopauzą to i średnie tętno zupełnie niezłe wyszło – niezły interwałowy trening się z tego zrobił .
A no i bym zapomniał – zastanawiałem się ostatnio, czy nie mam za twardo SIDa ustawionego, ale mimo że jest to powietrzny widelec i jak każdy tego typu ma pod koniec skoku wyraźną progresję, to udało mi się go dzisiaj zamknąć . Tak dokładniej, to uratował mnie przed OTB w dziurze po źle zjechanym zjeździe wybierając przeciwstok – ja już widziałem siebie lecącego.
Myślałem, że poszedłem biegać, ale jak zobaczyłem średnie tempo, to podchodzi to jedynie pod żwawe truchtanie . Co nie zmienia faktu, że się zmęczyłem.
Po wczorajszym ładowaniu akumulatorów dziś się zebrałem o wcześniejszej porze i na dalszą trasę – padło na zamek Lipowiec w wersji szosowej, czyli pętla przez Liszki, Alwarnię, Babice, Bolęcin, Zalas.
W pierwszą stronę jechało się super – bo w większości z wiatrem . Nawet naszła mnie ochota na zaatakowanie podjazdu z Babic do Płazy z blatu. O dziwo udało się rzecz uskutecznić, choć uzyskałem tegoroczny HRmax: 194. Niestety parenaście minut później (po jakiś 2h5min jazdy) odcięło mi prąd. I nawet pakiet antykryzysowy (zupełnie jak u greków) nic nie pomógł. Wróciłem więc noga za nogą do Krakowa, ale i tak było fajnie . Szczegóły.
Po 3 tyg. wypadało przypomnieć sobie w końcu jak wygląda rower i jak się na nim jeździ . Podobnie jak spinozę wcześniej po serii przeziębień, tak mnie teraz dopadła zupełna niechęć do treningów – wszelka motywacja uleciała, a pojawił się nastrój „i po co to wszystko i tak już po sezonie”. Wybrałem się więc bez żadnych celów na przejażdżkę przyjemną trasę, aby naładować trochę akumulatory chęciami do jazdy.
Oj wytrzymało mnie cholerstwo okrutnie… chyba mogę wrócić do zimowych treningów . Urlop (majówka) stracony, maraton poszedł słabo i tylko sobie nim dogodziłem (choć był ładny) i nie obyło się bez zwolnienia (którego 80% przespałem!), łącznie 17 dni .
Wczoraj dopiero poczułem się dobrze, ale się nie spodziewałem i akurat załatwiałem sprawy na mieście. Dziś też niestety czasu mało, więc postanowiłem sobie przypomnieć, jak się biega. Ogólnie, to trochę wolno ale przeżyłem.
W ramach rozjazdu wpierw wybrałem się zerknąć na metę Skandii rozgrywającej się w Krakowie, a następnie potoczyłem do toru kajakowego, choć tak szczerze mówiąc, to ledwo miałem siłę do niego dojechać.
Zdecydowanie udział w maratonie nie wpłynął dobrze na moje zdrowie. Najbliższa edycja w Wałbrzychu jest niestety na tyle szybko, że będę musiał z niej zrezygnować. A teraz najważniejsze to odpocząć i pozbyć się cholerstwa, dopiero potem będzie można myśleć o jakiś treningach .
Już przed maratonem zapowiadała się mocna wycieczka a nie ściganie. Tydzień walki z "grypą" żołądkową wciąż nie przechylił szali na zwycięską stronę - było lepiej, bo tydzień wcześniej w sobotę nie miałem siły siedzieć - ale walka z wirusami pozostawała nierozstrzygnięta . Mimo średnich prognoz i nastroju, nie mając również najlepszych wspomnień związanych z tą trasą jednak pojechałem.
Od pierwszego podjazdu (9km) czułem, że to nie jest to. Sukcesywnie spływałem w dół doganiany przez coraz to kolejnych znajomych z Krakowa i nie tylko. Dla poprawy nastroju tuż pod szczytem Maciu mnie informuje, że już dostałem 12min w plecy od prowadzącego Mateusza Zonia .
W końcu zjechałem pierwszego singla w dół - raz, że nie było za gęsto, a dwa, sucho! Ogólnie muszę stwierdzić, że tak wielu odcinków na tej trasie to jeszcze nigdy nie zjeżdżałem. Może trochę pomaga większy skok w amortyzatorze wraz ze wzrostem sztywności, a co za tym idzie większą kontrolą nad rowerem.
Ale to raczej kwestia suchej trasy. Jak widzę błoto, to od razu mam -5pkt. do umiejętności zjeżdżania . Muszę przyznać, że nie znałem tej trasy na sucho. Jest przepiękna! Może za rok nie zmienią jej za bardzo .
W okolicach góry borówkowej potasowałem się trochę z Bikeholikami. O ile się nie mylę, to na zjeździe uciekł Schweps, natomiast z Buniem tasowaliśmy się już aż do samej mety.
Z maratonu wyszło mi dość wysokie średnie tętno - to za pewne efekt niemal braku jazd przed maratonem. No i jednak nie pełnego zdrowia. Szkoda że tak wyszło, bo warunki na trasie były bajkowe.
Wirusy nie chcą odpuścić. Z całą pewnością to nie było zwykłe zatrucie, bo wciąż jeszcze mnie trzyma . W ostatnich dwóch dniach miałem do zrobienia z autem to i tamto co niestety zużywało pozostałe zasoby energetyczne i na rower nawet nie miałem ochoty .
Maraton rysuje się w ciemno-szarych barwach .
Na jazdę z Polska na Rowery w największe słońce byłem niestety zdecydowanie zbyt osłabiony. Straciłem jedyny taki trening w tym roku, który jeszcze tydzień wcześniej był małym pogodowo-trasowym marzeniem i bardzo żałuję.
Ból brzucha mniej dziś dawał w kość i gdy ochłodziło się pod wieczór wyskoczyłem na kilka ścieżek pokonywanych zwykle na Sikorniku i w Lasku – o tak przypomnieć sobie jak się jeździ po uskokach i korzeniach.
Przy okazji w końcu na spokojnie doregulowałem startówkę. Mam nadzieję, że już będzie dobrze.
Samopoczucie średnie, bolący brzuch, sił brak, ale mimo to nie mogłem się oprzeć, by nie wyjść coś pokręcić – taka aktywna regeneracja. Po drodze natknąłem się jeszcze na Radara i Kubaka.
W końcu pogoda na krótkie ciuchy, ciepły, słoneczny weekend, a mnie dopadła „grypa” żołądkowa . Wszystkie plany treningowe rozwalone. W Złoty Stoku o obronie sektora II nie ma co marzyć, sukcesem będzie, jak nie będę na maratonie zbyt osłabiony. Wyjątkowy pech .
Znów to samo – brak jakiekolwiek weny do aktywnej regeneracji. Ale coś było na rzeczy, bo zamiast godzinnej przejażdżki strzeliłem sobie godzinną drzemkę, a wciąż jeszcze czuję się jakiś nieswój . A regeneracji było tyle co do pracy i z powrotem.