Chyba po raz pierwszy udało mi się taki dystans przebiec – do tej pory raczej łączyłem marsz z biegiem. W końcówce było już dość ciężko, ale wytrzymałem . Ciekawe co na to moje nogi powiedzą jutro .
Średnia temperatura 16°C z wyjazdu w połowie listopada to niemal nie do uwierzenia. Korzystając ze sprzyjających warunków razem z Magdą i Mateuszem wyskoczyliśmy w dolinki.
Wpierw szybki dojazd asfaltami do Szklar. Dalej w górę nad dolinkę Będkowską… też asflatem?! Niestety – podjazd po wapiennych skałkach i luźnych kamieniach zamienił się w asfaltową ściankę . Kolejny fajny terenowy odcinek utracony.
Zjazd do dolinki Będkowskiej też jest pewnym zaskoczeniem, gdyż przypominał wybieg dla dzików. Nigdy nie widziałem tu takiego błota. Trochę się ślizgając dotarliśmy na dół.
Dalej szlakiem wspięliśmy się pod remizę w Będkowicach, skąd już zjazd do dolinki Kobylańskiej. I tutaj znów niemiłe zaskoczenie, tyle że tym razem zniszczeń dokonała przyroda a nie człowiek. Po tegorocznych powodziach dolinka jest znacznie „przemeblowana” i nie zapewnia już miłego płynnego przejazdu jak do tej pory.
Do Krakowa wróciliśmy szlakiem rowerowym, strumienio-ulicą Turystyczną i przez Zabierzów.
Liście w większość już z drzew pospadały, jesienne deszcze też spadły i w Lasku ślisko jak diabli – na rowerze było by kiepsko. Ale na szczęście byliśmy (z Ilą i Madzią) „na butach”, więc było trochę łatwiej. Trochę marszu i trochę truchtania (dystans orientacyjnie).
Wybrałem się z Madzią przypomnieć sobie zjazdy które 1.5tyg. temu pokazywał Bartek. Tym razem było trochę inaczej, bo mokro (w nocy sobie popadało). Szczęśliwie w większość miejsc to nie przeszkadzało. Jak już objechaliśmy różne zjazdy i progi, to kawałek się przejechaliśmy.
Coś mi napęd w startówce się buntuje. A to łańcuch z młynka spadnie, a to w szprychy poleci… co gorsza nie idzie tego doregulować, by wszystko działało tak dobrze, jak przez ostatnie dwa sezony — wygląda, że zbliża się moment wymiany.
Po 3-ech latach przerwy (ostatni raz brałem udział w 2007) pobiegłem po raz 4-ty w marszobiegu. Trasa jak zawsze prowadziła spod kopca Piłsudskiego do kopca Kościuszki, tym razem miała 5.4km długości.
Choć byłem pobiegać wcześniej tylko parę razy to mimo wszystko dało się to pozytywnie odczuć podczas biegu. Udało się również uzyskać czas o ponad minutę lepszy niż we wcześniejszych startach. Do dobrego czasu wciąż jeszcze sporo brakuje, ale to po prostu nie jest „moja” dyscyplina . Tętno maksymalne 195bpm – dużo, ale w sumie miałem jeszcze małą rezerwę docisnąć mocniej – wolałem nie, żeby dobiec do końca (a nie dojść). A na finiszu jakoś nie zdążyłem rozkręcić się wyżej.
Pogoda udała się rewelacyjnie – można było biec ubranemu na krótko . Na mecie do wyboru herbata, kawa i grochówka. No i pamiątkowa koszulka .
Dzień krótki to i wyjazd krótki. Razem z Madzią przemknęliśmy przez Sikornik i Lasek. Wczoraj popadało i zarówno gliniasta ziemia jak i mokre liście nie zapewniały stabilnej jazdy – co chwila jakieś uślizgi były.
Krótka przejażdżka w terenie, by zdążyć przed szybko zapadającą nocą. Przejechaliśmy się z Robertem po Lasku. Ależ przez ostatnie dni liści pospadało, niemalże szok .
Poćwiczyliśmy też trochę wsiadanie i zsiadanie z roweru, co nieco obniżyło prędkość przelotową .
Choć pogoda ładna i ciepła, to jakoś nie chciało mi się dziś na rower zbierać. Stwierdziłem, że korzystając ze sprzyjającej aury mogę sprawdzić się na pętli wokół Błoń. Ciekaw byłem jakie tempo biegu uzyskam utrzymując tętno do granicy progu beztlenowego. Na biegacza chyba predyspozycji nie mam – 3.55km przebiegłem w 19:03, czyli tempem 5:22 min/km (tylko że ze średnim tętnem 170).
PS Stwierdziłem, że jednak logiczniej będzie używać takich samych oznaczeń ćwiczeń jak na rowerze, jedynie poprzedzonych prefiksem „B”, zatem: BE2 – tlenik
BM1 – tempo
itp.
Zabrałem siostrę do Niepołomic, bo coś nie mogła znaleźć nikogo chętnego na ten kierunek. Choć dzień ciepły, to zaraz po wjechaniu do puszczy dało się odczuć chłód.
„Trening techniki jazdy na rowerze górskim” – o takim tytule wątek na forum założył krakowski zawodnik Bartek Janowski. Skoro była okazja zobaczyć jak trenuje ktoś jeżdżący o te 2-3 poziomy lepiej, to długo się nie wahałem i skorzystałem z okazji .
Pokręciliśmy się sporo po Zakrzówku, następnie przejechaliśmy na Sikornik, gdzie było mniej, ale dłuższych ścianek. Na Lasek Wolski już nie było dość czasu i już tylko na chwilkę wpadliśmy na Bodzów. Choć wg licznika dużo nie przejechałem, to dość zmęczony wróciłem do domu – tempo było jednak mocno szarpane. Również aby móc zjechać, to najpierw trzeba było podjechać , zresztą przewyższenia się trochę uzbierało.
Gdy ruszałem z domu było 15°C, a przy łataniu gumy w Mnikowie już tylko 8°. Dynamika zmian temperatury dość znaczna. Madzia stwierdziła, że jest za zimno na dalszą jazdę, więc dalej już sam przez Czułówek, Liszki i ścieżką do toru kajakowego wróciłem do domu. W sumie też wymarzłem na postoju i cieplej to zrobiło mi się dopiero na torze, gdzie jeszcze ładnie świeciło słońce.
Sezon był dość zwariowany pogodowo, pojawiały się więc i powątpiewania na temat tego jak będzie jesienią. Ta jednak w miarę postanowiła dopisać. Choć zdarzały się chłodniejsze i deszczowe dni, to generalnie przeważa słońce – dzięki temu wciąż się da jeździć w terenie. A dziś (zwłaszcza patrząc na kalendarz) to pogoda już całkiem przyszalała – 16°C. Z tej okazji po ponad miesięcznej przerwie postanowiłem odkurzyć szosówkę .
Trasa to żadna awangarda – do Krzeszowic przez Czułów, z powrotem przez Rudawę, wzdłuż dolinek i Zabierzów. Niestety wciąż jeszcze czuję gardło . W pierwszą stronę wiatr dość przeszkadzał, a dodatkowym utrudnieniem był dłuższy sfrezowany odcinek. Ale potem było lepiej, jedynie słońce się gdzieś za chmurami skryło.