Prognozy jakieś takie niepewne, więc nakręciłem dziś godzin na zapas . W pierwszą stronę fajnie się jechało z wiatrem, niestety powrót już taki różowy nie był i średnia strasznie w dół poleciała.
Ostatnio na portalu BikeRadar wśród pięciu najlepszych porad na poprawę kondycji kolarza górskiego czytałem, że lepiej wykonać 4 równej długości treningi w tygodniu, niż dwa długie w weekend. Brzmi to dobrze, ale jak to niestety jest z teorią i praktyką – w tym tygodniu jeździłem tylko w weekend.
Dzisiaj w 4-sobowym składzie (z RB, szamanem i Królikiem) śmignęliśmy trasę regularnie pokonywaną przez lUkcia w różnych wariantach, ale ze stałym punktem nawigacyjnym na przełęczy Wierzbanowskiej. Nie wiem jak to jest możliwe, ale zarówno w pierwszą jak i drugą stronę na płaskich odcinkach walczyliśmy z wiatrem. Jak jeszcze jadąc „tam” aktywnie się do tej walki włączałem, tak na powrocie tradycyjnie już w tym roku brakowało mi mocy.
Wycieczka bardzo udana, a i najwyższa średnia prędkość w tym roku (choć duża w tym zasługa jazdy po zmianach/na kole). Aktualnie powoli dochodzę do siebie . GarminConnect z wyjazdu.
Pogoda okazała się znacznie lepsza niż zapowiadana, ale znów mi się zgubiła motywacja. Po tygodniowym zastoju wiedziałem, że nogi nie będą się kręcić i to też nie pomagało w zebraniu się na rower. Udało się na szczęście umówić z Mikim na wspólne pokręcenie, bo nie wiem czy sam bym się dziś gdziekolwiek zebrał.
To sobie pojeździłem… Niedziela przywitała mnie lekkimi nudnościami i stanem podgorączkowym. Niedługo później było już jednak solidne 38°C które utrzymało się przez cały dzień, którego większość i tak przespałem nie mając za bardzo sił nawet siedzieć.
Dziś wyraźnie lepiej, choć organizm mocno osłabiony (dla odmiany z rana 35,8°C).
Nie wiem co za czort. Jedyne podejrzenie jakie mam, to przegrzanie/odwodnienie w sobotę. Ale ani nie było jakoś bardzo ciepło (a może było, jak popatrzyłem na dane z Garmina, to aż się zdziwiłem, wygląda, że wiatr nieźle chłodził i zaburzał odbiór), ani szczególnie mało nie wypiłem (choć z pewnością można było więcej, zwłaszcza w domu popołudniu). Ogólnie dziwna sprawa. Ciekawe kiedy w pełni do siebie dojdę.
Kopalnia węgla w Małopolsce znalazła się po zmianie granic administracyjnych województw. I od jakiegoś czasu miałem ochotę ją „objechać”. Niby nie jest daleko, bo w Libiążu, ale jakoś za wiele długich tras nie jeżdżę i nie było okazji… do dzisiaj .
Wraz z RB wybraliśmy się na dalszy wyjazd. Robert sugerował nawet przełęcz Kocierską, ale na tak daleką trasę nie czułem się na siłach, a i pogoda nie była zbyt pewna. Suma summarum udało się zrealizować inny cel – co więcej zdobyty po raz pierwszy, a nie powtórkę .
W planie na dziś poza wyjeżdżeniem godzin były również interwały. Wiedziałem, że będą bolały i niezbyt chętnie się za nie brałem, ale trzeba było. W maju przepadły przez chorobę i wyraźnie odczuwałem ich brak. Tym bardziej, że w sezonie 2011 miałem przerwę. Chciałem ambitnie zrobić 5 sztuk po 5min, ale rzeczywistość okazała się brutalna – dość (bardzo) kiepsko znosiłem kolejne powtórzenia. Prawie 3min z 5min przerwy potrzebowałem na jakie takie dojście do siebie. To też dobrze pokazuje, że brak mi było tego typu treningów. Podczas 4-tego powtórzenia zaczynałem mieć kłopoty z utrzymywaniem założonej intensywności i tym sposobem było to ostatnie wykonane powtórzenie. Jak pamiętam sprzed paru lat, gdy robiłem ten trening, to „wchodził” znacznie lepiej.
Dalej już zwykły tlenik, choć nie będę ukrywał, że interwały – choć to było tylko 20min – czułem praktycznie do końca jazdy. A braki wytrzymałości też wyszły, bo od Krzeszowic, choć wiatr trochę pomagał, to i tak cały czas jechałem za Robertem.
Najpierw miałem awarię mieszczucha, w efekcie czego do domu wróciłem dobre 20-parę minut później niż planowałem.
Następnie obrany kierunek na Krzeszowice przywitał mnie widokiem chmur i deszczu, choć miało padać dopiero po zachodzie. W takim razie nie wybrzydzałem i udałem się na południe. Sam trening nawet udało się zrobić, ale dosłownie parę minut później… rozciąłem oponę. Na szczęście udało się podkleić łatką i dojechać do domu, ale wiadomo, trochę się wybrzusza. Szkoda mi, kurcze, bo wiosną tego roku nowe gumy założyłem. Bieżnika jeszcze sporo, do tego bardzo dobrze trzymają się drogi.
A na koniec jak już zjechałem po ciemku ze Świątnik (miałem tylko lampki „pozycyjne”, bo planowany powrót był o zmierzchu) to dopadł mnie deszcz w Krakowie.
PS A wczoraj niestety trening przepadł w związku z zatrudnieniem do prac domowych .
Miał być lekki rozjazd z Robertem, ale spotkaliśmy Dawida który choć też był po zawodach to jakoś miał straszne ciśnienie na robienie tempa. Nie dałem się jednak sprowokować (bo i tak nie miałem za grosz siły ).
Maraton w Międzygórzu zawsze dobrze mi szedł, stąd liczyłem też na dobry wynik w Stroniu Śląskim leżącym u podnóża tych samych gór jedynie z lekko innej strony. I nie zawiodłem się. Choć z pewnością trochę niższa frekwencja miała spory wpływ na cyferki, to jednak strata procentowa wyraźnie pokazuje, że pojechałem całkiem przyzwoicie .
Trasa mocno odmienna od tej w Karpaczu, choć jeden zjazd jak żywo przeniesiony stamtąd . Tym razem królowały szutrowe drogi, zaś największą zmorą były drogi wyłożone kamieniami. Drugi długi zjazd na trasie po takiej właśnie drodze znałem już z Międzygórza 2010 gdy występował na dystansie giga. Świetny tester, czy wszystkie śrubki w rowerze są dobrze przykręcone .
Ale podjazd który kończył tegoroczny maraton to był totalny masakrator - 5km tłuczenia się po tych kamieniach, z czego 3km o dość konkretnym średnim nachyleniu 9%. Ani kawałka gładkiej ścieżki aby odpocząć. Cały czas pod górę walcząc z podskakującym rowerem. Przed jazdą z nogi na nogę uratowała mnie obecność Vaca z Subaru AZS, który był moim targetem przez większość trasy (a udało się go zgubić na ostatnim zjeździe ) – dzięki za jazdę!
Byłem 44. open i 18. w M2. Straciłem 33min do zwycięzcy i zdobyłem prawie tyle samo punktów do generalki co w płaskiej Murowanej Goślinie. Ale dobrze wiem, że na kolejnym maratonie w Ustroniu już tak różowo nie będzie.
Miałem ostatnio jakieś takie poczucie, że mam podobną formę jak w kwietniu. Może niektóre aspekty kapkę lepsze, ale za to inne gorsze. Dzisiejsza próba pod zoo (6:17) w pełni koresponduje z tymi odczuciami, gdyż uzyskałem bardzo zbliżony czas jak 13. kwietnia.
Niestety jak się okazuje 3-tyg. dziura w treningach (w maju) to już nie byle co. Może mogłem niektóre rzeczy zrobić trochę lepiej, ale mocno poleciała mi też wtedy motywacja. Chyba luźniejsze podejście pozwoliło ją znaleźć, ale za to jest jak jest .
Złapał mnie na te upały mały leń, ale trzeba było dziś coś pokręcić. Taki poweekendowy zastój kończy się zwykle u mnie niskimi tętnami i nie inaczej było tym razem – tętno zupełnie nie miało ochoty wchodzić na obroty.