Mocno odczułem wczorajszą jazdę więc dziś tylko rozjazd, choć z paroma zrywami zafundowanymi przez Romka. Pokręciliśmy się we trójkę (jeszcze z Krzyśkiem) po okolicy.
Spora dziura wypadła, ale za grosz nie miałem sił by iść na rower. Dziś chciałem w jakieś górki pojechać, ale nie wiem czy termin czy prognozy odstraszyły wszystkich w każdym razie nie znalazłem żadnego towarzystwa.
Z braku laku postanowiłem zobaczyć jak ten słynny Cichy Kącik wygląda. W kontekście frekwencji, podobno była bardzo niska. Nie wiem, bo byłem po raz pierwszy. Ponoć było dziś również nie za szybko. Wolę nie wiedzieć jak by to było szybko. I tak odpadłem na powrocie w okolicach Sułoszowej, ale grupa zrobiła postój w Skale na sklep i dowiozłem się potem na kole do centrum.
A no i po raz pierwszy byłem rowerem w Olkuszu (jadąc z Krakowa).
Podsumowanie miesiąca
Czerwiec wypadł dobrze i nie dobrze. Z pewnością można było pojeździć więcej, jednak jednocześnie jest to najlepszy pod względem dystansu miesiąc w tym roku, choć jest to tylko 876km. A godzin (40h) więcej zrobiłem w lutym (42h) .
Wyjazd na PnR. Stłukłem kolano dojeżdżając , a potem z lądowaniem zupełnie nie poszło, choć bez większych konsekwencji, najbardziej oberwał prawie nowy chwyt kierownicy .
Długo opisywana na forum organizatora trasa (15 stron wątku jeszcze przed maratonem!) spotkała się z mieszanym przyjęciem. Dobrze, że pogoda była łaskawa, a podczas maratonu sucho, bo i tak wcześniejszy lekki deszcz spowodował, że nowo dołożony zjazd miejscami przypominał strumień. Ale po kolei.
Miało być IC, ale akurat w pracy parę minut dłużej musiałem zostać i dupa, grupa pojechała. Jadąc nad autostradą widziałem ich już na rondzie w Swoszowicach. Zabrakło jakiś 3min, może nawet mniej.
Jedyne co mi pozostało, to zrobić sobie indywidualną jazdę na czas po trasie. W pierwszej połowie trasy dogoniłem wolniejsze dziewczyny (bo szybsze, to nawet jak startowałem z grupą wzięły i odjechały na pierwszej górze, więc nie było takiej możliwości, aby je spotkać startując spóźnionemu), a pod koniec doszedłem jakąś 3 osobową grupkę i potem jeszcze samotnego jeźdźca, który miesiąc temu mi zwiał na podjazdach.
Czas na pętli, mimo w większości samotnej jazdy, udało się poprawić o niemal równo 2min (1:26:14 na 1:24:17), co dało wzrost średniej o 0,6 (na 29,6), choć przy wyższym średnim tętnie (171 vs 168). Mimo wszystko był to dobry trening, choć szkoda trochę, że nie dało rady powalczyć o utrzymanie się w jakiejś większej grupce.
Dzisiejszy trening PnR był niestety dość kiepski. Nie mam o to do nikogo pretensji, po prostu pechowo złożyły się zwłaszcza dwa główne czynniki: bardzo duża frekwencja oraz solidna gleba prowadzącego grupę zaawansowaną i w związku z tym konsultacje telefoniczne.
Stąd wyjazd był bardziej towarzyski niż treningowy. Jak dalej będzie taka dobra pogoda, to trzeba będzie pomyśleć o przerwie do jesieni . Bo grupie mocnej to nie wiem czy bym coś zjechał…
Choć po płaskim i na szosówkach, to wlekliśmy się z Mikim jak emeryci . Traska do Łączan.
Był to pierwszy weekend od 2010 roku, w którym przekroczyłem 200km
Udało się w końcu wyrwać na jakąś dłuższą trasę i co więcej, ze startem poza Krakowem! Objechałem trasę zaproponowaną na trochę już zapomnianej grupie dyskusyjnej alt.pl.rec.rowery przez Marka (w 2004 roku). Od pierwszego czytania spodobał mi się jej opis, ale jak widać trochę wody w Wiśle musiało upłynąć nim pomysł udało się zrealizować.
Wraz z Mikim wybraliśmy się z Krakowa nie bardzo wcześnie, ale skorzystaliśmy z komfortu najdłuższych dni w roku . Trasy opisywać nie będę, gdyż w podanym wcześniej źródle jest to już uczynione. Dodać tylko mogę, że wystartowaliśmy z Kościeliska, czyli wybraliśmy najbardziej polecany (trudny) wariant. I zgodnie z tym na koniec mieliśmy trzy niezłe podjazdy, ostatni ukoronowany wisienką w postaci stromej ścianki (0,5km 10%).
Trasę pokonywaliśmy sprawnie ale bez szaleństw – taka żwawa [W]ycieczka.
Dane z Garmina. Gdyby ktoś chciał wybrać się na tą trasę, to zdecydowanie polecam pobranie śladu z gpsies wg którego jechaliśmy, a nie mojego, gdyż parę razy przestrzeliliśmy zakręty, jak również trafiliśmy na trasie na jeden objazd z powodu remontu.
Dość deszczowo ostatnio, ale wieczorem wzięło sobie trochę na wstrzymanie i udało się wyskoczyć. Planowałem najpierw zrobić tempówki, ale zacząłem jazdę i… w ogóle nie mogłem wejść z tętnem w strefę tlenową. A sił do jazdy też coś za wiele nie było. Okazuje się, że zastanie jest strasznie męczące .
Posnułem się więc w aktywnej regeneracji, powoli dobijając do jej górnych zakresów. Pojawiła się iskierka, że może dłuższa rozgrzewka jest potrzebna i powróciłem do już porzuconego pomysłu tempówek. Miały być 4, ale po 3. miałem serdecznie dość i odpuściłem, ale jak to mawiają lepszy rydz niż nic.
Jak bardzo udało mi się z doborem trasy dowiedziałem się po powrocie do Krakowa widząc zupełnie mokre ulice. Nic specjalnego – taka sobie lekka jazda. Napęd miałem dziś generalnie na batoniki – już po pierwszych 30min. poczułem mega ssanie. Na sam koniec jak już batoników brakło, to zostało doturlać się na oparach. Trasa.
Wciąż odczuwam braki wytrzymałości po wymuszonej przerwie. W tym tygodniu udało się zrealizować dwie dłuższe jazdy, więc mam nadzieję, że coś zaprocentują.