Na pierwszy dzień mini-wakacji wybieramy Góry Izerskie. Trasę udaje się w pełni zaplanować w oparciu o mapy UMP-pcPL oraz Topo_PL_100, dzięki czemu sprawnie poruszamy się wg wgranego do Garminów tracka.
Po drodze robimy trochę zdjęć (galeria jeszcze powstaje), odwiedzając kilka, bardzo charakterystycznych miejsc:
kopalnia Stanisław
polana Izerska
Chatka Górzystów
schronisko Orle
Harrachov
podjazd (zjazd) Samolot
To co w Izerach rzuca się w oczy (poza iskrzącym się w słońcu białym kwarcem występującym gęsto w szutrówkach) to niski stopień przekształcenia tych terenów. Można znaleźć malownicze plenery, na których nie widać żadnych zabudowań. Możliwe byłoby tu kręcenie filmów fantasy . Z drugiej strony, choć niemal nie widać zabudowań, to na części obszarów las jest bardzo młody. Z tego co mówił Miki parę lat temu było tam niemal całkiem łyso. To oczywiście na skutek kwaśnych deszczy znad Czech, o których pamiętam, jak nas uczyli w szkole.
Choć czas jazdy nie jest zbyt duży, to jednak czas brutto tego wyjazdu to prawie 6h. Ślad z Garmina. Tętno wyszło dość niskie, ale nawet przy odczuwalnie wysokim wysiłku nie miało ochoty iść do góry; uphill + czekanie na zjazd okazały się dość męczące.
Jedna z niewielu, jak nie jedyna możliwość pokonania w Polsce podjazdu 1000+m. Ze stadionu sportowego w Karpaczu na wysokości ok. 600m na szczyt Śnieżki 1602m n.p.m.
W tym roku pojawiły się dobre okoliczności aby zrealizować start w tej imprezie, co już jakiś czas za mną chodziło, choć do tej pory było (zbyt) luźno planowane.
Podjazd jak podjazd. Generalnie od startu starałem się trzymać równe tempo. Nie wchodziłem w bardzo wysokie tętna, aby nie zaliczyć „zgona” jak zdarzało się na mocno pokonywanych pierwszych podjazdach na maratonach. Tutaj nie było mowy o odrobieniu ew. strat po zjeździe . Podkręcałem również tempo, gdy tętno spadało zbyt nisko, ewentualnie opieprzanie się mogło by skutkować niezadowoleniem na mecie. Początek pod świątynię Wang z blatu, a potem zaczęła się nie kończąca się kostka, przy której podjazd pod krakowskie zoo jest gładki jak stół.
Plan się powiódł i do samego szczytu dojechałem żwawo, choć nie ma co ściemniać, że było lekko. Zmęczony byłem całkiem solidnie. Pewnie można było przycisnąć nieco szybciej, ale chyba zabrakło też trochę doświadczenia – to był mój pierwszy start w jakimkolwiek uphillu.
Mimo zabrania naprawdę ciepłych ciuchów (zimowe getry, zimowa kurtka windstoperowa) na górze jednak trochę z Mikim zmarzliśmy oczekując na zjazd. Początkowo trochę pomagała ciepła herbata, ale później i ona się skończyła. W końcu jednak padł sygnał do zjazdu.
Zająłem 61. miejsce open (na ok. 385 osób) i 28. w M2. Wydaje mi się, że całkiem nieźle. Dane z Garmina.
Z pamiętnika amerykańskiego żołnierza:
Poniedziałek: Pije z Polakami wódke.
Wtorek: Umieram.
Środa: Znowu pije z Polakami wódkę.
Czwartek: żaluje, ze nie umarłem we wtorek.
Dlaczego go przytaczam? Tak się czułem w pracy po wczorajszym IC względem Ustronia .
Wróciłem do domu z zamiarem zrobienia jakiejś rundki po płaskim, ale skończyło się na 1h40min nie po, a na płaskim – drzemka na łóżku. Widać organizm wolał dziś regenerację pasywną.
W tym tygodniu IC nie kolidowało mi z niczym1, więc skorzystałem z okazji aby trochę rozruszać nogi po Ustroniu. Choć pierwszy podjazd na nowej trasie jest łagodniejszy niż na trasie południowej, to i tak pierwsza grupa mi na nim uciekła . Zaczekałem chwilkę na tworzącą się drugą grupę i w takim towarzystwie dojechałem prawie do końca, gdzie to zostałem urwany na ostatnim płaskim odcinku przed metą . Ewidentnie szybkie płaskie odcinki – nawet jechane na kole – to w tym roku ewidentnie nie moja działka.
Dane z samej pętli IC bez dojazdów:
dystans: 52,7km
przewyższenie: 645m
czas: 1:30:25
średnia prędkość: 35,0km/h
średnie tętno: 162
Niestety jest to dla mnie zbyt intensywny trening jeśli w sobotę mam zawody, nie jestem w nich w stanie jechać na swoje 100% ↩
Trzyma mnie ten Ustroń konkretnie. Rano ledwo miałem siłę zejść po schodach, a w pracy tez nadal czułem obolałe nogi. Średni mi się chciało na rower zbierać, ale ostatecznie wybrałem się na tlenik z Markiem do Czernichowa. Myślałem, że coś się noga rozjedzie, ale niezbyt chciało puścić. Chwilami to wręcz piekło, jakby skurcz miał złapać .
Upalna pogoda i pyląca trasa, w takich warunkach odbył się maraton, choć wcześniej prognozy straszyły opadami i niską temperaturą.
Tym razem nie jechało mi się tak dobrze jak na wcześniejszych edycjach. Najlepiej to widać na wykresie tętna, na którym kolejne piki wraz z upływającym czasem są coraz niższe. Również średnie tętno z wyścigu wyszło bardzo niskie. Tak sobie myślę, kombinuję i nie mam wyraźnego winowajcy.
Spore znaczenie mogły mieć dwie wcześniejsze przygody z jazdą w upale i lekki strach przed załatwieniem się po raz kolejny. A gorąco było tak, że na podjazdach pot kapał z… łokci.
Był to też pierwszy w tym roku start, na który dojeżdżałem nad ranem, bez noclegu w miejscowości zawodów. Kolejna różnica, to bardzo wymagające podjazdy na trasie. Tylu tak stromych podjazdów dawno nie pokonywałem. A że w tym roku nie mam szczególnie wysokiej formy to i siły mniej, więc możliwe, że zamęczyłem mięśnie i na nic był dostępny „zapas oddechu”.
Maraton mimo wszystko bardzo mi się podobał. Wszystkie podjazdy były podjeżdżalne, choć na paru bardzo bolało – w tej klasyfikacji zdecydowanie prowadzi 22% podjazd po płytach który nie chciał się skończyć. Wszystko było zjeżdżalne (choć jedna rynna z podpórką z mojej strony ). Na zjazdach dominował gruby szuter jak to ktoś fajnie na forum ujął (zdjęcie poglądowe z topshotów bikelife z pozdrowieniami dla Subaru AZS UEk). Co ciekawe zjeżdżało mi się je łatwiej niż podobne zjazdy w zeszłych latach w Istebnej.
Na metę dojechałem ledwie żywy (pogoda i prawie 2000m przewyższenia swoje zrobiło) ale miło zaskoczony. Czytając, że odwiedziemy trasy MTB Trophy spodziewałem się jednak błotnych brei w stylu Krynicy .
Miejsce 77. open ze stratą do zwycięzcy 53,5min. Dane z Garmina.
Utrzymuję bardzo równy brak formy. Dziś pod zoo wyszedł czas 6:21, zatem od kwietnia nic się nie zmieniło. Mam nadzieję, że w Ustroniu nie będzie takiej wyrypy jak była w Karpaczu.
Udało się dziś trochę wcześniej z pracy wyjść (pierwszy i ostatni raz w tym miesiącu ), pogoda na rower idealna – ciepło, ale bez przesady, więc nic tylko korzystać. I skorzystaliśmy z Madzią jadąc na wycieczkę z akcentami terenowymi do Rudna. Klasyka, czyli dojazd czerwonym szlakiem i powrót zielonym i ścieżką dookoła lasku.
Coś słabo mi się kręciło. Nie wiem, jeszcze by po weekendzie trzymało, czy jak?! Ale robiłem co mogłem, aby nie spowalniać tempa.
Podsumowanie lipca
Nie skojarzyłem z początku, że to już koniec miesiąca. Wchodzę na statystyki i tu psikus – w lipcu pokonałem 999km, zatem nadal w tym roku nie mam miesiąca z przebiegiem 1000+. Zajęło mi to niemal 42h (bez 30sek.).
No z tym Ojcowem to tak w sumie nie do końca, bo na Kwietniowych Dołach zawróciłem na Kraków. Nie chciałem ryzykować odwodnienia bądź innych sensacji; waga z rana zdecydowanie odbiegała od standardu, a jechało mi się koszmarnie (generalnie zamykałem ogon). Rano ledwo się z łóżka zwlokłem długo walcząc, czy w ogóle jechać. Widać wczorajszy wyjazd kosztował mnie bardzo dużo.
Ale grupowy wyjazd okazał się mobilizacją do rozjazdu, bo tak to bym pewnie zostawił jazdę na popołudnie i oglądał deszcz zamiast treningu, a nie jak się udało będąc już po nim. Dane z Garmina.
Tak się jakoś stęskniłem za przejażdżką na rowerze górskim, a że już bardzo dawno nie jechałem trasy treningowej przez las Zabierzowski i dolinki to wybór był prosty.
Ze względu na wczorajsze – jechane dość późno – tempówki nie chciałem jechać z rana. Tym bardziej, że do 1:30 oglądałem ceremonię otwarcia letnich igrzysk olimpijskich. Trochę obawiałem się, czy znajdzie się ktokolwiek chętny na jazdę o takiej trochę dziwnej, jak na weekend porze, ale szczęśliwie dołączyli się furman i Adinek.
Dzień był z tych upalnych, co jazdy nie ułatwiało. Na szczęście sklepy po drodze pozwalały na regularne uzupełnianie płynów. Podjazdy starałem się pokonywać sprawnie, natomiast pozostałe odcinki bez szaleństw w tempie towarzyszy. I całe szczęście, że nie trafiła się mocniejsza ekipa, bo nie da się ukryć, że domu dojechałem na oparach i miałem kłopot z dojściem do siebie. Zapewne złożyły się na to wszystkie czynniki po trochu: tempo, upał, krótki sen, wczorajszy trening.
Podjazdy z Sieprawia (os. Żbik) do Patrzółtowic (część asfaltową, HRmax 187) oraz podjazd z wylotu dol.Racławki do Żarów udało się wyjechać z blatu, co jest niezłym prognostykiem na końcówkę sezonu. Na więcej jednak w tych warunkach siły nie miałem. Dane z Garmina.