Czyli przejażdżka po najbliższej okolicy Krakowa i jednocześnie rozruch po chorobie. Po drodze odwiedziny na małym „rowerowym placu zabaw”, gdzie tydzień temu „poległem”. Dziś było lepiej i udało się pokonać wąwóz w poprzek dokładnie tak jak chciałem – trzeba było się troszkę przełamać i tyle .
Dziś wybraliśmy się w takim samym jak wczoraj składzie, tyle że bez rowerów. Z błoń przez Sikornik dotarliśmy do Lasku, obeszliśmy go po szlakach dookoła no i potem z powrotem na błonia (dystans orientacyjnie).
Dni coraz chłodniejsze – ledwo jakieś 5°C dziś na termometrze było przed południem. Razem z RB i MT pokręciliśmy się po okolicy. Jednym odcinkiem to nawet po raz pierwszy jechałem . A z zadyszką, bo chwilami było dość szybko (hrmax 188).
Po drodze nie zabrakło „przygód”. Złapałem kolejną gumę – tym razem piękny 10cm gwóźdź powyginany na kształt zszywki (kawałek z nim przejechałem i zrobił mi z dętki sito). Jakiś czas potem MT urwał pająk od korby! – no dobra, tak w zasadzie to pękło mu pół pająka – 2 gwinty od małej zębatki. Oczywiście z pięknej zębatki Specialites TA 28T została kupa pogiętej (i pękniętej) blachy….
Ledwo wyjechałem z domu i zaczęło mżyć – nic to, jadę dalej. Przez Sikornik dojeżdżamy do Lasku. Rowery jesiennie rozleniwione coś nie chcą się wspinać , a mżawka się waha, czy nie przejść w deszcz. Zmywamy się więc na dół.
Tradycyjnie białą droga. Końcówka podjazdu, staję na pedały i… rower też staje!? Tylne koło przestało się kręcić - ani w tył ani w przód o milimetr nie daje się obrócić . Piasta nie jest stara – 2 lata ma, ale nie była dużo jeżdżona, rok temu miała zmieniany zatarty bęben – coś nie mam do niej szczęścia. Z dalszej jazdy wyszły więc nici i zostało przynieść rower do domu .
Cel wyjazdu trochę ewoluował w trakcie, ale ostatecznie zrobiliśmy pętlę przez Świątniki Górne, Myślenice, Sułkowice, Radziszów i Skawinę. Po drodze można już było zauważyć jak okoliczne wzgórza przystrajają się w coraz większą liczbę barw.
Jadąc przez Siepraw do Myślenic pokonuje się stromy asfaltowy podjazd, a przy nim „strzałkę” do źródełka bł.Anieli Salawy. Ciekawe ilu z Was zdecydowało się tam choć raz odbić i je zobaczyć. Sam muszę się przyznać, że choć jeżdżę tamtędy już parę lat, to dziś zdarzyło mi się to po raz pierwszy.
Po wczorajszym ociepleniu ani śladu, choć ubrałem się cieplej było mi chłodniej, a pod koniec nawet zimno, ale dziś na termometrze widniało tylko 9°C.
Zostawiłem troszkę mniej powietrza w tylnym kole i od razu na szutrowym zjeździe w lasku poszedł snake – taki konkretny, po 2×1cm. Dalej, podążając fragmentami trasy tegorocznego maratonu krakowskiego dotarliśmy do Brzoskwini. Tam ani mi ani Madzi nie chciało się dalej jechać, więc zawróciliśmy do Krakowa. Choć do pełnego objazdu trasy brakowało dość dużo, to i tak wróciłem strasznie zmęczony. Trasa na mapie wydaje się dość łatwa (sporo odcinków po asfaltach), a jednak mocno wysysa siły. Dokładając do tego niską temperaturę – mam wrażenie, że również nie pozostającą bez wpływu na odczuwane zmęczenie – do domu dojechałem na oparach.
Ostatnio gdy chciałem jak zwykle zjechać z Zelkowa do dol. Bolechowickiej żółtym szlakiem, na jego dotychczasowym przebiegu zaskoczył mnie teren prywatny (ogrodzony, a jakże!). Szlak co prawda odbijał gdzieś w prawo, ale kierunek w którym zmierzał był przeciwny do pożądanego. Z racji na późną porę eksperymenty zostawiłem sobie na inny dzień – wyszło, że dzisiejszy.
Razem z siostrą podążyliśmy więc z Zelkowa za żółtymi znaczkami. Jak to zwykle bywa, miejscami brakowało oznaczeń skrętów. Odcinek do pokonania nie był jednak długi, więc metodą prób i błędów udało się go przebyć. Nowy wariant jest całkiem niezły, niestety przyjemność z jego pokonywania na rowerze psują leżące co kawałek drzewa.
Celem dzisiejszego wyjazdu stał się Ojców. Dalej przemknęliśmy koło Jaskini Wierzchowskiej do Zelkowa, gdzie Madzia złapała gumę. Nie schodziło szybko, ale skutecznie. Przydał się nawet znajdujący się tam stawik dla kaczek aby znaleźć dziurę. Gdy już wydawało się, że problem został rozwiązany, dętka na koniec pompowania wzięła i z hukiem podziękowała za współpracę. Na pamiątkę została piękna 30cm dziura i lekki ból uszu .
Kawałek dalej spotkał mnie spory zawód, bo okazało się że jakiś prywaciarz wykupił teren, przez który biegł żółty szlak do dolinki Bolechowickiej. Nie znając nowego przebiegu szlaku, a też już trochę popędzani zniżającym się słońcem, nie eksperymentowaliśmy i zawróciliśmy na asfalt.
Dałem się dziś siostrze namówić na wspólny marszobieg. Choć tętno miałem od niej sporo niższe, to pewnie i tak jutro znacznie bardziej będę czuł zakwasy w nogach – w końcu część mięśni miała się dziś okazję poruszać pierwszy raz od bardzo dawna .